Wszystkie »

  • Wpisów:12
  • Średnio co: 190 dni
  • Ostatni wpis:3 lata temu, 02:27
  • Licznik odwiedzin:1 881 / 2470 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Bardzo długo niczego nie dodawałam. Mam nadzieje, że istnieją jeszcze ludzie, którzy lubią czytać. Oto moje nowe opowiadanie. Dawno niczego nie pisałam, więc może być nowatorskie... bardzo nowatorskie. Mam nadzieję, że z czasem uda mi się to naprawić.
Tym razem o aniołkach. Życzę wytrwałości


Rozdział 1
Religia…Kiedy ta lekcja dobiegnie końca? O niczym innym nie myślałam. Dzisiejszy dzień dłużył mi się niemiłosiernie. Nie mogłam już doczekać się momentu, gdy będę mogła wybiec na zewnątrz i spotkać się z nim w blasku słońca. Z zamyślenia wyrwał mnie głośny łomot, piorun. Po uderzeniu prawie natychmiast rozpadał się jeszcze mocniejszy grad.
- Macie jakieś pytania? – słowa które sprawiły, ze na mojej twarzy o mało nie zagościł szeroki uśmiech. Oznaczało to końcówkę lekcji.
- Proszę pani, Gabriella przyjęła komunię świętokradzką – usłyszałam i dopiero po chwili dotarły do mnie słowa. Yvonne właśnie (niczym jakiś przedszkolak) wydała mnie nauczycielce. To prawda. Nie byłam w kościele ale to nie było prawdą. Cała klasa zaczęła gwizdać, piszczeć. Uchodziłam za „religijną” co też nie było prawdą. Tak naprawdę niewiele o mnie nie wiedzieli.
- To nie pierwszy raz! – wybuchła nauczycielka. Była starą dewotką, nic więc dziwnego, że zazwyczaj tak reaguje. Próbowała mi wszystko wyjaśnić, pouczyć. Powinnam zachować „anielski spokój” jednak coś we mnie buzowało. Cały ten gwar był nie do zniesienia. Chciałam poprosić o „wyjście do toalety” jednak wiedziałam, że nawet wtedy miałabym problem zdążyć. Ten problem przytrafił mi się pierwszy raz. Co będzie? Co mam teraz zrobić? Przyszło mi na myśl tylko jedno. Wstałam pospiesznie i otworzyłam okno. Wskoczyłam na parapet. Czułam na plecach przerażone spojrzenia innych, krzyk nauczycielki ale już było za późno. Byłam słaba, tak jak wspominał Danny. Na moje szczęście klasa religii była wystarczająco wysoko. Pęd powietrza sprawiał, że nic nie słyszałam. Zamknęłam oczy i poczułam przyjemne mrowienie w okolicy łopatek. Jak gdyby ktoś muskał mnie tam jakimś zniewalającym piórkiem rozkoszy. O ile takie istniało. Prawda jest taka, że tego uczucia nie da się przyrównać do niczego, jest wyjątkowe. Dla każdego inaczej odczuwalne. Wzbiłam się lekko w powietrze. Śnieżnobiałe pióra ledwo zmieściły się pomiędzy budynkami. Nie chciałam patrzeć w górę, bałam się przerażenia w ich oczach. Czy to sen? Nie wiedziałam co zrobić poleciałam, więc prosto do domu. Leciałam nad chmurami tak, aby zlać się z tłem. Nie wiarygodne, w końcu mi się udało! Miałam wrażenie, że stałam się niewidzialna. Dostrzegłam jakąś lecącą ciemną sylwetkę naprzeciwko. Już po kilku sekundach mogłam stwierdzić co to za anioł. Danny! Ucieszyłam się na jego widok i on chyba podzielał moje szczęście. Uśmiechał się ukazując swoje śnieżnobiałe zęby. Wtuliłam się w niego.
- Co ty tu robisz? Coś się stało? – spytał prawie natychmiast.
- Opowiem ci później – pocałowałam go delikatnie czekając na jego ruch. Musnął moje wargi ale na tym się skończyło.
- Nie, opowiesz teraz.
- Podobno to ty jesteś tym złym i niegrzecznym… - zadrwiłam
- Czasem muszę zachować powagę. Poza tym zły nie oznacza debil.
- Tylko dlaczego właśnie teraz?
- Bywa… - zaśmiał się i wypuścił mnie z objęć.
- Jesteś okropny, wiesz? – trąciłam go w ramię
- Domyślam się. Opowiesz mi tu czy zabrać cię do siebie?
- Leć przodem – powiedziałam z uśmiechem on jednak nie dał się zwieść.
- Żebyś mi uciekła? Nie ma mowy – chciałam się sprzeczać ale zamknął moje usta pocałunkiem. Gdy wypuścił mnie z objęć poczułam drżenie na całym ciele. Wiedziałam, że spadam ale nie potrafiłam poruszyć skrzydłami w jakiś sensowny sposób. Spanikowałam. Danny podtrzymał mnie.
- A myślałem, że już…
- Ja też tak myślałam ale proszę cię nie mówmy o tym. Nie teraz, zrobiło mi się zimno – spuściłam głowę. Poczułam na swoich ramionach jego kurtkę. Złapał mnie za rękę, rozłożyłam tylko skrzydła aby było łatwiej. Nie, nie potrafiłam latać. Nikt nigdy mnie tego nie uczył, a nawet jeśli już próbował to na darmo. Byłam kompletnym beztalenciem. Chyba, że chodziło o zepsucie czegoś, wtedy zawsze spisywałam się na medal. Zaczęliśmy obniżać lot nad wielkim lasem. Co my tu robimy? Moje bezwładne skrzydła zaczepiały się o czubki drzew.
- Może nauczyłbyś mnie chociaż jak unosić je do góry, bo nie wiem czy wiesz ale to boli – marudziłam. Syknął tylko żebym je schowała i ku mojemu zdumieniu puścił mnie sam lecąc dalej z niewyobrażalną prędkością. Z wielką prędkością walnęłam o ziemię, na szczęście zdążyłam mimowolnie użyć skrzydeł, które były niczym bardzo miękki materac. Jednak podczas tej chwili coś im się stało. Były rozszarpane na końcu, nie było mowy żebym się na nich wzbiła nawet gdybym była mistrzem w lataniu, a jak wiadomo nim nie jestem. Spojrzałam w górę, nie widziałam nic spomiędzy drzew jednak wyraźnie słyszałam trzaski. Pobiegłam lasem w tamtym kierunku potykając się o kępy trawy, mrowiska i inne cuda natury oglądane tyle razy z zadumą. Teraz miałam chęć się ich pozbyć, wyciąć wszystko. Żeby to tylko było możliwe… Już się ściemniało. W końcu dotarłam do miejsca hałasu ale to nie był przyziemny dźwięk. Tego najbardziej się obawiałam. Uniosłam głowę. To co widziałam było piękne i straszne zarazem. Dwa anioły ciemności. Jeden dostojniejszy od drugiego. Skrzydła tego drugiego były dużo większe niż Danny’ego… i na odległość czuć było ich mroczną potęgę i siłę. Oboje byli niewyobrażalnie piękni, nieludzko. Rozmawiali w jakimś innym języku. Babcia wspominała mi o tym ale nigdy nie miałam okazji usłyszeć go na własne uszy. Tak bardzo chciałam ich w tej chwili rozumieć. Na szczęście w porę zorientowałam się, że zniżają lot i ukryłam się w cieniu drzew. Polana nie była dostatecznie wielka aby pomieścić ich razem musieli, więc złożyć skrzydła. W dalszym ciągu wyglądali niewiarygodnie nie mogłam się napatrzeć, prześlizgnęłam się więc troszkę bliżej. W dalszym ciągu niczego nie rozumiejąc przysłuchiwałam się ich słowom. Danny odwrócił się niespodziewanie. Na chwilę w jego oczach dało się wyczuć strach, dostrzegł mnie. Drugi też się odwrócił. Gdyby byli ludźmi nigdy by mnie nie zobaczyli ale nimi nie byli… Patrzył na mnie chwilkę przekrzywiając lekko głowę w bok. Jego czerwone oczy przenikały mnie do głębi ale tylko przez klika sekund. Bo po chwili znalazł się tuż za mną. Przestraszona próbowałam się wycofać, uciekać ale potknęłam się prawie od razu. Patrzył na mnie z góry, trzymał w dłoni wielki czarny miecz. Już miał mnie dźgnąć, gdy nagle do akcji wkroczył Danny. Drugi spojrzał z zaskoczeniem i lekkim obrzydzeniem ale opuścił broń, a raczej skierował ją w inną stronę i zaatakował Danny’ego, który też trzymał miecz, a nawet dwa. Nigdy nie widziałam czegoś takiego. Wstałam i patrzyłam w przerażeniem w niebo nie mogąc nic zrobić. Gdy kontrolę nad walką przejął ten drugi anioł nie mogłam stać i patrzeć. Bez chwili wahania rozłożyłam skrzydła i podleciałam, na tyle na ile było to możliwe, stanęłam pomiędzy nimi i , ku mojemu zdumieniu, moje skrzydła zamieniły się w olbrzymią lśniącą tarczę, którą następnie odepchnęłam drugiego anioła. Wyraźnie się tego nie spodziewał. Kontratak był jednak na tyle silny, że przebił się przez barierę niszcząc ją i doprowadzając moje skrzydła(lub to co z nich zostało po poprzednim ataku) do stanu krytycznego. Jego mrok zaćmił mój umysł widziałam tylko ciemność. Opadłam bez sił.
  • awatar Gość: nie bój się, aniele;)
  • awatar Martwica Serca`: wow. dodałaś coś po 2 latach :O ! zabieram się do czytania!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Rozdział 10
Rok2008
Przez ostatnie dwa lata nauczył się trochę władać mieczem i strzelać z kuszy. Z Starał się zabijać demony, lecz nie umiał za bardzo tej sztuki. Demony były chytre i ciężkie do zabicia. Szczególnie te duże. Wolał się skupić na walce z potworami niż miłosnymi sprawami. Ojciec nauczył go jednego, że kochać to niszczyć, a być kochanym to być zniszczonym. Nigdy nie widział w żadnej dziewczynie nic innego oprócz dobrej zabawy. Widział, że z takim nastawieniem nigdy nie znajdzie miłości swojego życia. Zastanawiał się jednak czy wierzyć w coś takiego. Czuł, że został stworzony tylko po to by zabijać. Dla tego też rodzice go opuścili.
Siedział na kanapie przeczesując ręką swoje czarne, niedługie włosy. Zmierzwił je i poszedł do kuchni. Był sam w domu. Nikogo nie było. Co mam robić, zapytał się w myślach. Postanowił pójść do klubu. Zabrał ze sobą kurtkę nawet nie myśląc o borni. Zbliżając się do klubu słyszał coraz lepiej grającą muzykę. Zastanawiał się czy naprawdę tam musi iść. Na samą myśl o tym miejscu czuł się zmęczony. Zawrócił gdy nagle coś uderzyło w niego z wielką siłą. Zatrzymał się na murowanej ścianie. Osuną się na ziemię. Otworzył oczy. Chciał wstać, lecz poczuł ogromu ból pleców, który uniemożliwiał mu wstanie. Starał się oddychać głęboko, lecz za bardzo bolały go żebra. Podniósł głowę do góry i ujrzał demona, największego jakiegokolwiek w życiu widział. Demon wbił się w jego szyję.
Chłód przenikał przez niego jak przez powietrze. Czuł, że ma ściśnięte dłonie kajdankami . Siedział na zimnej betonowej podłodze. Do okoła panowała ciemność. Widział tylko maleńką wiązkę światła księżyca, wpadającą do pomieszczenia w jakim się znajdował, przez malutkie okienko. Jestem uwięziony, pomyślał. Chciał poruszyć nogami ale nie mógł. Też miał je związane. Zaczął szarpać rękami by uwolnić się, lecz na darmo. Przez swoje działanie tylko poobdzierał sobie ręce. Oddychał głęboko starając się uspokoić. Na pewno nie będą mnie tu trzymać wieczność, stwierdził. Przyniosło mu to trochę ulgi, jednak i tak obawiał się o swój los. Nie wiedział ile dokładnie czasu był nieprzytomny. Jedyne czego teraz pragną to wydostać się z tego miejsca. Z miejsca, pomyślał, nawet nie wiem gdzie się znajduję! Cholera! I weź stąd ucieknij!
Nagle wydawało mu się, że widział jakąś smugę światła. Od razu stwierdził, że to tylko wymysł jego wyobraźni chociaż bardzo starał się nad nią zapanować by nie płatała mu już więcej takich figli. Odetchną głęboko i jeszcze raz rozejrzał się po pomieszczeniu starając się coś dostrzec w mroku. Zauważył tylko cztery stalowe rurki na podłodze. Domyślił się, że to krzesło albo stolik. Cokolwiek to było i tak nie mógł tego dosięgnąć. Nocni Łowcy mieli wyostrzony wzrok i słuch, może nie tak jak wampiry ,ale bardzo im się przydawał. Niestety nie byli bogami. Nie mogli wydostać się z zamkniętego pomieszczenia od tak, na zawołanie. Jeszcze raz głęboko odetchną. Zamkną oczy. Gdy je otworzył widział dokładnie to samo, ciemność. Wszędzie ciemność. Jego oczy zarejestrowały jakiś ruch. Odwrócił szybko głowę w tamtą stronę, lecz nic nie zobaczył. Oddychał coraz szybciej, a serce zaczęło mocniej walić w piersi. Był prawowitym Łowcą od dwóch lat. Nie był jednak zbyt dobry w walce ani uciekaniu. Zastanawiał się czy kiedykolwiek będzie dobry. Usłyszał nagle jakiś delikatny stukot. Jakby ktoś lekko uderzył kluczem w metal. Potem stało się coś czego się nie spodziewał. Słyszał dogłosy walki, krzyki i czuł smród demonów, a raczej ich ohydnej krwi. Usłyszał przeraźliwy krzyk i mocny łomot. Po kilku minutach odgłosy ucichły. Chłopak siedział skulony z przerażenia i czekał aż potwór zjawi się w jego celi. Serce biło mu jak oszalałe. Nie mógł złapać tchu i czuł kulkę w gardle. Jeszcze chwile temu mógłby myśleć, że ktoś kto włamał się i urządził walkę nie wie o jego obecności tutaj i nie zjawi się w pomieszczeniu, w którym on się znajduje, lecz odgłosy kroków nasilały się coraz bardziej. Jedyne co go pocieszało to to, że to nie demony, ale to zawsze mógł być ktoś gorszy. Ktoś o jeszcze gorszych intencjach niż demony. Panicznie starał się uspokoić powtarzając sobie, że będzie co będzie, jeśli nie przeżyje to mówi się trudno. Chciał jednak pokazać przeciwnikowi, że się go nie boi i stanie z nim do walki jeśli trzeba będzie. Tym czasem kroki były już zupełnie wyraźne. Ktoś zmierzał w stronę jego celi. Zobaczył kulę światła. Taką samą jaką robią NC z magicznego kamienia. On miał taki sam w kieszeni spodni. Światło momentalnie zgasło. Chłopak usłyszał tylko zwolnienie spustów w celi i skrzypienie otwierających się drzwiczek. Młody dostrzegł, że obcy ma długi płaszcz i kapelusz na głowie. Jest dosyć dobrze zbudowany i ma długie włosy, przynajmniej do ramion. Światło znowu zapaliło się, a to kogo ujrzał odebrało mu wdech w piersiach. Młody mężczyzna ubrany w czerwony długi płaszcz, czarny kapelusz, blond włosami do ramion złowrogim uśmieszkiem na twarzy, spojrzał na chłopaka siedzącego na szarej betonowej podłodze, skutego kajdanami do masywnej zielonej rury. Przy rurze stało stalowe krzesło z drewnianym siedziskiem i oparciem. Usiadł na nim i rozejrzał się po celi. Na samej górze było malutkie okienko ogrodzone kratami. Ze ścian schodziła farba, a w kątach tworzył się grzyb. Idealne warunki dla bakterii i robali. Przy ścianie przebiegł mały szczur. Mężczyzna wykrzywił usta na wyraz obrzydzenia, jednak chłopaka to nie wzruszyło. Patrzył na starszego od siebie o kilkanaście lat mężczyznę złowrogim spojrzeniem. Gdyby tylko mógł rzuciłby się na niego. Osobnik w płaszczu zdjął kapelusz i wreszcie spojrzał na młodzieńca. Jego oczy były mocno niebieskie. Tak niebieskie ze wydawałoby się, że tylko Anioły mogę mieć taki kolor oczu. Każdy kto w nie spojrzał nie mógł oderwać wzroku. Hipnotyzowały i przyciągały jak magnes. Można było w nie patrzeć całe życie, zatracić się w nich bez końca, zapomnieć o wszystkim co otacza. Niestety ten piękny kolor oczu nie pasował do koloru duszy. Gdyby bliżej poznać Anthoniego zauważyłoby się wielki kontrast miedzy tymi dwoma kolorami. Nie zawsze piękne spojrzenie odzwierciedla kolor duszy. Jego twarz również wydawała się przyjazna, można nawet powiedzieć , że anielska. Bond włosy były również fascynujące. Pasujące do całej reszty wyglądu. Anthony był tak doskonały i przystojny, że trudno było się oprzeć jakiejkolwiek kobiecie. Wykorzystywał to niestety. Sprowadzał je na złą drogę i to bardzo złą.
-Jak długo tu jesteś?-Zapytał Anthony. Jego głos nie wyrażał żadnych emocji. Zupełnie pozbawiony jakichkolwiek barw, nawet nie zadrżał przez chwilkę od zimna.
-Co cię to interesuje?- W głosie młodzieńca słychać było żal, gorycz i smutek.
-Masz rację. Mało co mnie to obchodzi. Zadam więc inne pytanie. Jak się tu znalazłeś?
-Hmmm wiesz, nudziło mi się, więc poprosiłem demony by mnie zamknęły, ale niestety ktoś je wybił więc nie mam już się z kim bawić- Odpowiedział z sarkazmem przepełniającym każde słowo.
-Oh synu…. Jak zwykle jesteś zabawny…
-Taaa… jeszcze żebyś mnie chociaż trochę znał. Czemu je zabiłeś? Nie uwierzę, że zrobiłeś to żeby mnie ratować.- Nie mógł dłużej patrzeć na ojca więc odwrócił wzrok w inny kierunek.
-No przecież, że nie przyszedłem tu dla ciebie. Nawet nie wiedziałem, że tu jesteś. Mam inne plany i właśnie je realizuję. Nie rób sobie nawet nadziei, że teraz ci je zdradzę. Musisz jeszcze trochę dorosnąć i zrozumieć pewną rzecz.
-Jeśli powiesz mi jaką będzie prościej.- Nawet nie wiedział kiedy wypowiedział te słowa. Nie planował nigdy tego powiedzieć. W ogóle dziwił się sobie, że odezwał się do tego faceta.
-Chodzi o Curver. Jeśli się z nimi spotkasz to zrozumiesz co mam na myśli.- Zakończył krótko ten temat. – Andrew.. powiedział ci?
-No raczej tak.. chyba, że coś mnie ominęło i obudziłem się Nocnym Łowcą.
-Powinieneś mieć więcej szacunku dla mnie. Jestem twoim ojcem.
-Niestety. -Stwierdził głośno. Ojciec uśmiechną się krzywo.
-Jesteś arogancki i pewny siebie. Brakuje ci tylko odwagi i no cóż, czegoś co w naszym zawodzie jest najważniejsze, umiejętności władania bronią.
-Pracuję nad tym.
-Nie zauważyłem.
-Bo widzisz tylko to co chcesz.- Skomentował krótko.
-Z tym się zgodzę. Pewnie chcesz żebym cię uwolnił.
-Poradzę sobie i bez ciebie.
-Wątpię. Jakoś na razie sobie nie radzisz. I twojej przyszłości nie wiedze w jasnych kolorach.
-Może dla tego, że zbyt późno dowiedziałem się kim jestem? Hmmm wydaje mi się, że to twoja wina.
-I co mam się czuć winny?- Jego głos zadrżał od śmiechu.
-Nie oczekuję nic od ciebie.
-Nic odkąd cię zostawiłem? A nie zastanawia cię czemu tak zrobiłem? Czemu zostawiłem cię samego by ludzie oddali cie w ręce obcych?
Chłopka nic nie odpowiedział. Spojrzał tylko z wyrzutem na ojca ale szybko odwrócił wzrok zdając sobie sprawę z tego, że to przyniosło mu satysfakcję. Lubi sprawiać innym ból, stwierdził starając się jakimś cudem zdjąć kajdanki.
-Więc cię uświadomię. Wiem, że cię to interesuje tylko nie chcesz mi dać satysfakcji i powodu żebym cię zranił. Zostawiłem cię dla tego, że chciałem byś stał się mężczyzną.
-W wieku 5 lat?- Zakpił ze słów ojca.
-Można tak pomyśleć ale spójrz. W szkole jakoś nigdy nie obchodziło cię co inni mówią. Byłeś silny psychicznie i umiałeś sprowokować kogoś do złego czynu i zachowania. Umiałeś słownie komuś dokopać bo ręcznie nie bardzo ci to wychodziło. Teraz mam nadziej, że poprawisz się, synu.
-Dobra.. ulżyło ci na duszy? Wreszcie mnie uświadomiłeś, że jesteś… aż żal mi słów. Brak mi określeń na takiego człowieka jak ty!
-Wiesz, wielu ludziom też brak, a szczególnie gdy poznają mnie bliżej. Zazwyczaj w tedy żałują, że pozwolili bym się do nich zbliżył.
-Mam cię dość! Uwolnij mnie i daj mi spokój! Nie mogę już na ciebie patrzeć!
-Jak chcesz- Wstał z krzesła i przekręcił kluczyk przy kajdankach.- Ale jeszcze się spotkamy, synu. Obiecuję.- Wyszedł w pośpiechu znikając z rogiem ściany. Chłopka wstał i rozmasował bolące nadgarstki. Rozejrzał się. Wyszedł z celi i ruszył biegiem po schodach, które prowadziły na niższe piętro starając się zbiegać jak najciszej. Nie wiedział gdzie się znajduje. Miał jednak nadzieję, że wkrótce trafi do wyjścia. Schodził po schodach tak cicho jak tylko mógł. Szedł ciemnym korytarzem gdy nagle coś błysnęło po prawej stronie. Chłopak zatrzymał się i zauważył postać w płaszczu trzymającą srebrny miecz. Mężczyzna przyglądał się narzędziu z chytrym uśmiechem na twarzy. Nastolatek nie przyglądał się za długo temu wydarzeniu i szybko odnalazł wyjście. Gdy znalazł się w ogrodzie budynku odetchną głęboko rześkim powietrzem. Zauważył wysoką żelazną bramę. Wyszedł przez nią i rozejrzał się wokół siebie. Stał na szarej ulicy pokrytej mgłą. Na przeciwko niego stał duży brązowy budynek. Jego mury były obrypane. Okna stare, a drzwi otwarte. Obok tego budynku stało jeszcze kilka innych o podobnym wyglądzie, a nawet gorszym. Ruszył ulicą oglądając się za siebie co chwilę. Bał się, że znowu zaatakuje go jakiś demon. Na drodze zauważył jakiegoś chłopaka. Stał on w długiej ciemnozłotej szacie. Studiował jakąś gruba księgę.
-Jak dojdę stąd do Rose Street?- Zapytał nastolatek nieznajomego.
-Żartujesz?- Zapytał obcy po chwili śmiechu.
-Nie. Wyglądam jakbym żartował?
-No nie bardzo ale cóż. Jak się tu znalazłeś?
-Chcę tylko żebyś mi powiedział jak się stąd wydostać. Nie szukam spowiednika.
-Ahhhh... Kim jesteś? Nie wiesz jak się stąd wydostać i mimo tego, że jak na razie tylko ja mogę ci pomóc to i tak jesteś arogancki... przypuszczam, że jesteś...
-Nie obchodzi mnie co przypuszczasz....- Przerwał chłopakowi w złotej szacie.- Powiesz mi jak stąd wyjść?
-Jasne. Jestem Luck.
-No. Wyjdę stąd dzisiaj?
-Może byś się przedstawił i był trochę grzeczniejszy?
-Jasne. Jestem Mark.
-No i od razu lepiej. Otworzę teraz portal na Rose Street i już znajdziesz się na miejscu.
-Portal?
-Mark. Proszę cię. Nie żartuj sobie, nie mam dzisiaj humoru.
-Luck. Nie wiem o co ci teraz chodzi. Normalnie zapytałem co to jest. Nie byłem agresywny, chamski, niewychowany.
-Hmmmm...... Nie wiesz co to jest portal... wiesz w ogóle gdzie jesteś?
-Yyyy.. na ulicy? -Zapytał sarkastycznie.
-Nie mogę! Człowieku! Ogarnij się! Jesteś w Mieście Demonów! Jedno z najgorszych miejsc jakie może być! A ty? Żartujesz sobie?! Jesteś dziwny...
-Na prawdę nie wiedziałem... Ja... niedawno dowiedziałem się kim jestem...
-A kim jesteś? Magikiem? Nie... może Łowcą Wampirów?
-Nie... Nocnym Łowcą. Jestem Nocnym Łowcą.
-Oooo... No dobra... zabiorę cię domu.- Luck wyglądał na zdziwionego i przerażonego jednocześnie.
Luck tworzył portal i chłopcy razem wyszli. Znaleźli się dokładnie przed znakiem informacyjny: Rose Street. Chłopcy rozeszli się w swoje strony.
Następnego dnia młody o mało co nie spóźnił się do szkoły. Nie miał ochoty tam iść ale jeszcze jeden dzień nie obecności i grono pedagogiczne wezwałoby rodziców. Miał by w tedy niezłą jadkę w domu. Zakaz na wyjścia , zero telewizji, telefonu… z komputerem też by się pożegnał., a przecież co innego chłopcy w jego wieku mogą robić niż grać na komputerze?
Wbiegł szybko po schodach szkolnych na drugie piętro. Wpadł do klasy chemicznej i w tedy wiedział, że to był błąd. Już na pardwę mógł zostać w domu. Wszystko było lepsze od niezapowiedzianej wizytacji dyrektora szkoły, na lekcji na którą się właśnie spóźnił.
-Przepraszam za spóźnienie ale… Yhhhh-Nie mógł wymyśleć żadnego dobrego powodu do wytłumaczenia się. Nie mógł przecież powiedzieć, że spóźnił się bo wczorajszej nocy ktoś go porwał i zamkną w celi, gdzie na około roiło się od demonów a na dodatek spotkał magika a wcześniej jego ojciec zabił chyba wszystkie demony stacjonujące w Mieście Demonów, które biorąc pod uwagę nazwę, było ich miastem.- Zaspałem- Wyszeptał czując, że dyrektor, nauczyciel i cała reszta klasy na niego patrzy.
-Dobrze.- Odrzekł spokojnie nauczyciel.- Siadaj do ławki. Masz spóźnienie i uwagę.
Dziękuję za łaskawość, pomyślał zawzięcie. Nie rozumiał czemu dostał tą uwagę! Chyba tylko ze względu na to, że dyrektor tu był, stwierdził w myślach.
Siadł w ławce obok swojego kolegi. Wymienili ciche uwagi na temat dyrektora. Po lekcji gdy chłopak poszedł odłożyć książki i wziąć potrzebne na następną lekcję zaczepił go chłopak w czarnej, szerokiej koszulce i ciemnych również szerokich spodniach. Zaciskał coś w pięści.
-Mark- Zawołał miękko chłopak w koszulce.
-Luck?
-Tak… no chyba, że…-Urwał. Usta zastygły mu w bezruchu. Po chwili na jego twarzy zagościł uśmiech- Nie to głupie… nie powiem tego.
-Jak chcesz… po co przyszedłeś? A tak w ogóle to skąd wiesz gdzie się uczę?
-Przecież wiesz kim jestem… nie ma dla mnie nic… no może prawie nic niewykonalnego.- cwaniacko uśmiechną się.- Mam coś dla ciebie.- Otworzył pięść, a w niej był wisiorek z czymś co wyglądało jak bursztyn ale było zielone i miało jakieś dziwne znaki.
-Co to?- Zapytał NC.
-To jest wisior, który ostrzeże cię przed demonami. Będzie wibrował gdy w pobliżu będzie jakiś demon.- Luck przybliżył się do kolegi by powiedzieć to ciszej.
-Hmmm a jaki ma zasięg?
-Do kilometra.
-Można zmniejszać?
-Jesteś głupi czy tylko udajesz? To nie jest elektronika tylko magia!

Rok 2011
Rozejrzał się wokół siebie. Wszędzie śmierdziało, a niektórzy NC leżeli na ziemi jęcząc, byli zmęczeni i ranni. Tej nocy zaatakowało za dużo demonów. Nikt nie spodziewał się ataku. Mnóstwo Nocnych Łowców przebywało akurat w Mesa. Mesa to była kraina Nocnych Łowców i to dosłownie. Było tam jedno duże miasto, w którym mieszkali NC wraz z członami Cuveru. Członkowie zarządu Nocnych Łowców zazwyczaj nie ruszali się z Mesa no chyba, że przyszedł czas kontroli Inwizytów. Miasto otoczone było niewidzialnymi magicznymi murami, które broniły osadę przed demonami i innym złymi stworzeniami nocy. Miasto położone było na sporym pagórku. Do okoła rozciągały się łąki i lasy. W lasach żyły sfory wilkołaków, których nie cierpiał przewodniczący Cuver'u.
Ruszył do swojego przyjaciela Luck’a. Wiedział, że będą musieli odbyć bardzo poważną rozmowę. Muszą powiedzieć Cuver’owi o zniknięciu Czarnej Księgi. Mimo tego, że Jesey uważał Cuver za przekupną organizację, stworzoną dla zabawy i, która nic nie robi oprócz obijania się, to jednak mieli swoją wiedzę, moc, no i tylko oni mogli przekonać resztę Nocnych Łowców by walczyć.
Wszyscy NC zebrali się w koło. Nie zabrakło tam też Luck’a. Johnatan staną z boku i przysłuchiwał się zaciętym domysłom ludzi jak demony mogły się zorganizować. W końcu po kilku minutach dyskusji stwierdzili, że pójdą z tym do Cuveru. No tak…, pomyślał, bo przecież oni są najmądrzejsi i najważniejsi, nic nie może się bez nich odbyć… Uśmiechną się sam do siebie a w jego oczach widać było, że śmieszy go ta cała sytuacja. Jedna z NC odwróciła się jakby widząc uśmiech i spojrzenie Jesey’a i zapytał go czy ma inna teorię. Ten przeczesał ręką włosy i już przestał się uśmiechać.
-Powiedzmy… ale…- Myślał, że zaraz roześmieje się, a na pewno to zrobi zaraz po tym jak wypowie kolejne słowa.-Ale musze to przedyskutować z Cuver’em.- Udało mu się jednak zachować powagę.- a teraz wybaczcie ale muszę się z nimi jak najprędzej skontaktować.- Uśmiechną się szeroko zaraz po tym jak się odwrócił i ruszył w kierunku domu. Nikt już nic nie mówił za jego plecami. Starsi Nocni Łowcy nie mieli do niego praktycznie żadnego szacunku jak młodsi Łowcy. Wiedział, że ma z czego być dumny. Zabicie tylu demonów i to w tak młodym wieku było dla niego nie lada zaszczytem. Wszyscy młodzi mu tego zazdrościli a chłopcy w jego wieku z resztą tak jak i dziewczęta, starali się być jeszcze lepszymi ale jakoś im to nie wychodziło.
Skręcił w uliczkę, która prowadziła na skróty do domu Katriny. Musiał zobaczyć czy z dziewczyną jest wszystko w porządku, czy doszła cało i czy po drodze nic jej nie zaatakowało. Nie spodziewał się, że drzwi frontowe będą otwarte więc od razu zaczął wspinać się po drzewie z tyłu domu bo pod oknem Katriny nie było nic po czym można by wejść do jej pokoju. Po cichu przeszedł przez dach i opuścił się na rękach trzymając się dachu pod okno dziewczyny. Staną na zewnętrznym parapecie i lekko odepchną okno. Kat mówiła mu kiedyś, że nigdy nie zamyka okna więc to wykorzystał. Bezszelestnie wskoczył do ciemnego pokoju. W łóżku obok okna pod kołdrą rysowała się postać. Dziewczyna była odwrócona twarzą do niego więc kucną przy niej. Delikatnie pogładził ręką jej policzek. Skórę miała miękką i jasną. Usta poruszyły się w słodkim uśmiechu.
Chyba się zakochałem, pomyślał, nawet nie chyba tylko na pewno. Właśnie w tej chwili dziewczyna otworzyła oczy. Jesey lekko się zmieszał i szybko cofną rękę. Kat podniosła się na łokciu. Patrzyła przez chwilę na chłopaka a jej twarz nic nie wyrażała. Wreszcie uśmiechnęła się i przekręciła głowę. Jej oczy powiększyły się jakby niedowierzając.
-O co chodzi?- Zapytał Jesey widząc minę dziewczyny. Ta zamiast odpowiedzieć zaświeciła światło.
-Jesey…-Powiedziała miękko i łagodnie, jakby chciała ukoić jego ból… tylko, że jego nic nie bolało.
-Co się stało? Przestraszyłaś się?
-Nie.. ale.. twoja twarz…- Wstała z łóżka. Ubrana była w piżamę, czyli krótkie spodenki i top. Jej stopy lekko tupały po podłodze.
-Co z nią?- Johnatan dotkną prawego policzka a później lewego i przeszył go ból.- Cholera…
Kat podała mu lusterko. Na lewym policzku od oczodołu prawie aż po ucho rozciągał się siwy siniak. Odłożył lusterko i odwrócił się w stronę dziewczyny, ale tej nie było. Rozejrzał się p pokoju, ale też nikt oprócz niego tam się nie znajdował. Po chwili Kat znowu pojawiła się tylko tym razem z lodem w woreczku. Kucnęła przed chłopakiem, któremu kazała usiąść na krzesełku od biurka i przyłożyła do jego twarzy lód. Chłopak zasyczał bo ten lód naciskał mu na siniaka.
-Przepraszam…- Szepnęła wystraszona, że zrobiła krzywdę chłopakowi.
-Nic się nie stało.. jak to wy dziewczyny mówicie: żeby być pięknym trzeba cierpieć!
Oboje roześmiali się.
-Wiesz co bardziej pomoże?- Zapytał Johnatan ale widząc zaspane oczy dziewczyny stwierdził, że o tej godzinie to nikt nie myśli tym bardziej osoba wyrwana z błogiego i spokojnego snu. Dokończył więc z Katrinę- Pomże Znak.
-Nie znam ich jeszcze….
-Daj kartkę. Narysuję ci a potem dam ci mój Magiczny Kamień i zrobisz taki sam na mojej twarzy ok?
Dziewczyna ochoczo kiwnęła głową. Odstawiła lód od policzka poszkodowanego i otworzyła szufladę biurka. Wyjęła potrzebne rzeczy i podała je chłopakowi na krześle. Ten narysował różne ślaczki jak stwierdziła Kat. Dziewczyna z lekkim strachem wzięła do ręki Kamień Jesey’a, który zaczął wibrować.
-To normalne- Zapewnił Jesey widząc zdziwienie Katriny.
Ona tylko zacisnęła usta i skierowała błyszczący patyk w stronę Johnatana. Ten niespodziewanie roześmiał się.
-O co chodzi?- Kat była już przerażona. Za chwilę pierwszy raz miała użyć Magicznego Kamienia i to na dodatek by uleczyć chłopaka w którym się zakochała.
-Nie, ale wyglądasz jakbyś mnie miała zabić.- Dalej się śmiał.
-Przecież nigdy bym tego nie zrobiła- Uśmiechnęła się również lekko rozluźniając spięte mięśnie.- Dobra. Jak będzie bolało to krzycz.
-Nie jesteśmy u dentysty- Jego twarz rozpromienił kolejny uśmiech.
-Nie śmiej się bo wsadzę ci to w oko!- Uśmiechnęła się.
-Możesz próbować.- Puścił do niej oko i po chwili spoważniał.
Kat skupiła się na nakreśleniu Znaku. Przytknęła lekko Kamień do siniaka. Nakreśliła na nim identyczny wzór jak na kartce. Pod czas tego czyny Kamień wciąż wibrował. Gdy odstawiła go od policzka Jesey’a siniak znikł. Ciemnowłosa uśmiechnęła się szeroko.
-Dziękuję.- Powiedział Jesey i uśmiechną się tak czarująco że Kat o mało co nie zwaliło z nóg.- Upewniłem się, że z tobą wszystko w porządku więc śpij dalej.
Dziewczyna na te słowa szybko się ocknęła i położyła się do łóżka tak jak ją o to poprosił Johnatan. Zanim zgasił światło ucałował dziewczynę w czoło i rzekł: Dobranoc. Dziewczyna odpowiedziała mu tym samym i on po porostu skoczył z okna. Rozpromieniona Katrina wsunęła się głębiej pod kołdrę i zamknęła oczy. Cieszyła się, że jest tak blisko z miłością swojego życia. Czuła w sercu radość i spokój. Modliła się o to by Bóg nie pokrzyżował jej planów co do Jesey’a. Chciała być jego dziewczyną i by razem walczyli w obronie świata. Marząc o kolejnym pocałunku chłopaka zasnęła.
  • awatar You Make Me Crazy: zapraszam na blog o klausie i damonie ^^
  • awatar Gosiak66: Kurcze, pisanie jest mega trudną sprawą , ja ogólnie mam dobrą wyobraźnię i w myślach mam wiele historii, ale nie potrafię przelać tego na papier..
  • awatar Gosiak66: Nieźle !!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Rozdział 9
Rok2006
Z buta wyciągną mały sztylet i rozejrzał się dookoła. Obok niego leżała nieprzytomna Tamara a na niej siedział demon wysysając z niej życie. Ciemnowłosy wbił nóż w plecy potwora a ten zwił się z bólu i odstąpił od dziewczyny. Po chwili krzyku znikną a chłopak podbiegł do dziewczyny. Kucną przy niej i sprawdził jej puls. Dziewczyna już nie żyła. Po policzku popłynęła mu łza. Nie odwzajemniał uczucia dziewczyny ale nie chciał by zginęła przez niego, przez jego niedoświadczenie. Było mu źle. Przez niego zaginęła niewinna osoba. Obwiniał się za jej śmierć. Zadzwonił po pogotowie i uciekł. W wcześniej jednak przeprosił dziewczynę a raczej już jej ciało. Biegł ile sił w nogach. Wiatr przeczesywał jego ciemne włosy. Nigdy więcej nikt przeze mnie nie umrze, pomyślał. Prędzej sam umrę niż pozwolę jeszcze komuś zginąć.

Rok2011
-Skoncentruj się!-Krzyczał do Katriny, która na daremne próbowała go zranić mieczem. Byli na treningu. Księżyc już górował na niebie a gwiazdy tańczyły i błyszczały wokoło niego. Jesey próbował nauczyć Kat walki mieczem lecz dziewczynie troszkę opornie to szło, jednak stwierdził, że z jej zaangażowaniem, jej małe umiejętności w posługiwaniu się miecze nie będą stanowiły zbyt wielkiej przeszkody. Zwinnie robił uniki przed ostrzem swojej przeciwniczki. Gdy ta chciał się zamachnąć i z całej siły uderzyć w niego mieczem ten sprawnie zahamował swoim mieczem jej miecz. Przebiegł w dość szybkim tempie i zapukał dziewczynie w plecy widząc, że ta jeszcze się gdzieś za nim rozglądała. Gdy Katrina odwróciła się on zrobił dwa kroki do tyłu i wymierzył mieczem prosto w jej serce. Dziewczyna zdyszana stanęła jak wryta.
-Musisz się skoncentrować i nauczyć się, że nie staje się tyłem do przeciwnika. Wiesz jaki prezent dostałem od ojca w czwarte urodziny? Pokazał mi w gdzie na plecach jest miejsce, że jeśli zatopisz tam ostrze przebijesz serce i jednocześnie przetniesz rdzeń kręgowy. Wszystkie inne dzieci dostawały zabawki i słodycze a ja dostałem to… coś co o wiele bardziej przydało mi się w życiu. To jedna rzecz, za jaką jestem wdzięczny ojcu.
-Jesey….-Jej oczy starały się odnaleźć jego spojrzenie lecz na darmo. Chłopka patrzył górę. Na białe gwiazdy i księżyc.
-Czemu wszyscy mówią że gwiazdy są żółte?- Zapytał nagle.- Czy nikt nie miał czasu stanąć w nocy i popatrzeć na nie? Czy to aż tak dużo dla zwykłych ludzi?
-Hmm wydaje mi się że nie ale… gdyby powiedzieli dzieciom ze gwiazdy są białe to nie widać by ich było na rysunkach.
Johnatan się roześmiał się.
-Racja… czymś trzeba byłoby zapełnić ta pustkę. Może kosmitami? Czemu ludzkie dzieci żyją w takim bajkowym świecie a nam to nie było dane? Musimy od najmłodszych lat szkolić się by zapewnić im bezpieczeństwo i wygodę .
-Wiesz… Nocni Łowcy mają w sobie krew Anioła. Coś czego wszyscy ludzie im będą zazdrościli, coś czego oni nie mają a to stwarza ich gorszymi…
-Gorszymi-Powtórzył sarkastycznie- Masz rację.. ludzie są od nas gorsi. To oni powinni nam służyć a nie na odwrót. No ale cóż….
Zawiał silny i chłodny wiatr. Włosy Katriny ściśnięte na czubku głowy w koński ogon poruszyły się pod siłą wiatru. Po chwili ciszy zadzwonił telefon Jeseya. Dzwonił Luck. Jego głos był niespokojny i drżał. Zupełnie jakby czymś się przeraził. Jesey od razu zapytał co się dzieje i czemu jego przyjaciel ma tak nienaturalny głos. Ten odpowiedział, że zdarzył się wypadek. Demony zaatakowały.
-Jak to zaatakowały?- Zapytał rozwścieczony.-Demony nie tworzą grup! Rozumiesz? O co chodzi?
-Ale… one tym razem stworzyły! Nikt nie wie czemu ale mam pewne podejrzenia… przecież zniknęła Księga… moja Księga….
-Cholera! No tak… ale… demony…-Jesey zaczął się rozwodzić nad swoimi myślał gdy przerwał mu Luck.
-Johnatan! Potrzeba nam jest twoja pomoc! Potem pogadamy o tym! Jesteśmy na Wall Street! Przyjdź bo jest ich za dużo.
-Ilu naszych?
-Około dziesięciu. A ich jest ze sto.
-Źle… bardzo źle.-Rozłączył się i schował telefon do zasuwanej kieszeni bojówek.
Wytłumaczył Katrinie co się stało i, że ma ominąć szerokim łukiem tą ulicę gdy będzie wracać do domu. Ta obiecała, że będzie uważać. Jesey pocałował ją w czoło i pełen zmartwień i myśli pobiegł na miejsce bitwy. Kat patrzyła chwilę za chłopakiem aż w końcu znikną za drzewami. Lekko zdenerwowana ruszyła spokojnym krokiem w stronę domu. Udawała, że jest na przyjemnym nocnym spacerze lecz nawet mimo tego wyobrażenia bała się, że jakiś demon ją zaatakuje. Minęła ulicę Drive. Jeszcze pięć przecznic i dom, pomyślała. Wzięła głęboki oddech i szła dalej z uniesiona głową nie pokazując jak bardzo się boi.
Zwolnił tępo biegu. Czuł wokoło siebie smród. Wiedział co on oznacza. A raczej kogo. Zwinnie, nie zatrzymując się wyją miecz z pochwy. Metal zabłyszczał a wyryte na nim Znaki zaświeciły na złoty kolor. Miecz był gotowy do użycia. Jesey przestał truchtać a zaczął iść. Smród był coraz mocniejszy. Z za rogu wyleciał Przeklęty. Jesey przywarł ciałem do ściany budynku. Chciał by Przeklęty go nie zauważył. Jego przeciwnik umiał latać a on nie, co było bardzo denerwujące. Przeklęci byli wygnanymi z nieba Aniołami. Zbuntowali się bo chcieli stworzyć swój oddział. Gabriel- najważniejszy Anioł, nie zgadzał się na to bo to doprowadziłoby do podzielenia się Aniołów. Sam Najwyższy nawet mu nie pozwolił jednak jeden z Aniołów nie posłuchał zakazu i stworzył swoja grupę. Mnóstwo Aniołów poszła w jego ślady i za karę zostali wygnani z nieba. Każdy normalny Anioł ma białą szatę i białe puszyste skrzydła. Przeklęci są ubrani na czarno, nie maja aureoli tak jak te prawdziwe Anioły, ich skrzydła są czarne i twarde, oczy mają całkiem czarne, nie mają białek. Jesey wziął głęboki wdech i wyszedł na spotkanie nieczystemu. Gdy tylko ten zorientował się, że coś się ruszyło odwrócił się w tamta stronę i rzucił się na Jeseya. Chłopak biegł prosto na niego z mieczem. Wiedział, że Przeklęty zrobi unik w górę więc szybko zmienił kierunek miecza i nieczysty wbił się na ostrze. Z przeraźliwym krzykiem opadł na asfalt z nadal tkwiącym w jego sercu mieczem. Patrzył z zaciśniętymi ustami na Jeseya. Po woli zaczął się palić. Krzyczał przy tym jak opętany. Johnatana jednak to nie ruszało. Szybko wyją miecz i pobiegł dalej. Pod jego butami chlupała woda. Biegł tak szybko jak tylko mógł. Zatrzymał się przecznice przed miejscem bitwy i narysował sobie znak niewidzialności dla zwykłych ludzi. Po tej czynności ruszył dalej. Staną jak wryty gdy ujrzał ile demonów kręci się w pobliżu i czyha na NC. Jesey Był dobry w zabijaniu Wyklętych. Zabił więcej demonów niż inni NC w jego wieku. Przyniosło mu to wielka chwałę i jest uważany za jednego z najlepszych Nocnych Łowców. Wiedział jednak, że wszyscy porównują go z jego rodzicami którzy podobań byli najlepsi.
Za jego plecami rozległo się warknięcie. Chłopka szybko się odwrócił i nie czekając na nic wbił ostrze miecza w demona. W powietrzu unosiła się mgła. Zapach gorzkiej i śmierdzącej krwi demonów odurzał i powodował zawroty głowy. Jesey jednak bacznie trzymał się na nogach. Rozejrzał się do okola w poszukiwaniu swojego przyjaciela magika. Lucka Zobaczył chowającego się za drzewem. Pobiegł w jego kierunku lecz drogę zastawił mu kolejny demon. Bez jakiegokolwiek wahania odciął Wyklętemu coś co przypominało głowę. Smuga zwinęła się w kłębek i zleciała na ziemię. Demony wyglądały jak ludzie w prześcieradłach ale nie miły nóg, latały i śmierdziały. Jedne umierając krzyczały inne paliły się a jeszcze inne po prostu rozpływały się w powietrzu.
-Za tobą!-Krzykną Luck do Jesey’a i chłopak odwrócił się. Demon który właśnie stał przed nim był ogromny. Johnatan walczył kilka razy z takimi i stąd wiedział, że strasznie ciężko je zabić. Chciał przeciąć Wyklętemu rękę lecz ten robił unik i znalazł się za plecami Jese’a. Chłopka szybko się odwrócił i znowu miał atakować ale jego przeciwnik zrobił kolejny unik. Bawili się tak chwilkę aż wreszcie chłopakowi zabrało cierpliwości i uprzedził Demona w jego ruchu. Zatopił sztylet w jego piersi i ten zniknął.
-Luck! Nic ci nie jest?- Zapytał podchodząc do przyjaciela.
-Nie… jestem cały. Idź. Musisz ich pokonać.
-To nie będzie takie proste… jest ich mnóstwo… nie poradzimy sobie.
Już była na ulicy na której znajdował się jej dom. Na ulicy stało mnóstwo domów. Prawie we wszystkich paliły się światła. Katrina czuła się o wiele bezpieczniej. Stanęła na środku ulicy i rozejrzała się. Wydawało jej się, że przeszła swój dom ale nie. Już miała ruszać do przodu gdy rozległ się czyjś głos.
-Przepraszam. Zgubiłaś się dziewczynko?- Zapytał męski głos.
Kat odwróciła się na pięcie. Przed nią stał mężczyzna w płaszczu i kapturze na głowie. Starała się dostrzec jego twarz bo może znała tego człowieka ale on nie zdjął kaptura.
-Nie. Jestem już koło domu.
-Ahhh…
Nieznajomy pytał jeszcze Kat o kilka rzeczy lecz ta zwinnie unikała na nie odpowiedzi. W końcu dziewczyna pożegnała się z mężczyzną i wróciła do domu. Leżąc na łóżku zastanawiała się co dzieje się z Jesey’em. Modliła się by nic mu się nie stało. Wiedziała, że demony są niebezpieczne i to bardzo. Przypomniała sobie jaki prezent, jeśli to można było nazwać prezentem, dostał Johnatan na czwarte urodziny. Wstrząsnęło to dziewczyną. Jak można coś takiego powiedzieć czterolatkowi, zastanawiała się. Teraz dopiero cieszyła się że ma normalnych rodziców.














 

 
Rozdział 8
Rok 2011
Droga do szkoły autobusem upłynęła jej niezmiernie szybko. Cały czas myślała o Jesey’u i o tym kolejnym pocałunku. Teraz już wiedziała, że na pewno się w nim zakochała i on w niej też, bo kto normalny całował by się z dziewczyną drugi raz od tak, przez kaprys. Chociaż Di mówiła, że nie zakochał się do tej pory w żadnej dziewczynie i wszystkie traktował przedmiotowo. Cieszyła się jednak z tego, że być może jest tą pierwszą w której zakochał się Johnatan.
Gdy wysiadła pod szkołą przypomniał sobie o sprawdzianie z matematyki, który ma być dzisiaj na pierwszej lekcji. Załamana usiadła na schodach i zaczęła się uczyć. Gdy rozległ się dzwonek wołający uczniów na lekcję, Kat powolnym krokiem ruszyła do klasy. Wiedziała, że dostanie buta bo nic nie umiała. Dzisiaj był sprawdzian z teorii a nie umiała różnych praw i sformułowań. Z obliczeniami poradziła by sobie jakoś ale z tym raczej nie.
Nauczyciel kazał wyjąć kartki i długopisy a resztę schować do plecaka. Wszyscy posłusznie wykonali polecenie oprócz chłopaka, który chciał być zabawny i się kłócił z nauczycielem. Jednak nie wyszło mu to na dobre. Dostał punkty minusowe.
Matematyk podyktował dwa prawa i kilka określeń. Kat patrzyła tempo w kartkę starając się przypomnieć sobie to czego się uczyła przed lekcją ale miała pustkę w głowie. To uczucie niewiedzy dobijało ją. Nauczyciel spojrzał na nią podejrzliwym wzrokiem. Wiedział o co mu chodzi. Dobra uczennica nagle nie pisze ani słowa na tak prostym sprawdzianie że prościejszego już nie da się zrobić. Katrina miała ochotę wstać i powiedzieć ,że każdy może mieć gorszy dzień i nie umieć czegoś bądź nie przygotować się na sprawdzian. Najbardziej wkurzało ją to, że nauczyciele traktowali ją jak wszystko wiedzącą dziewczynę, która dostaje piątki i szóstki. Miała już dość ciągłej presji z ich strony. Zresztą klasa też na nią liczyła bo jako jedyna miałaby wyróżnienie za osiągniecia w nauce. Wychowawczyni ciągle narzekała, że są najgorszą klasą a Katrina jako jedyna coś osiągnie w życiu. Teraz zjawiła się Di i ona też dobrze się uczy. Jednak nadal wszyscy liczą na Kat. Czarnowłosa spojrzała na Dinę. Dziewczyna zapisywała z zapałem kartkę. Nauczyła się, pomyślała. Westchnęła głośno.
Po skończonych zajęcia wróciła do domu. Ze smutkiem zjadła obiad. Była zła na to, że wszyscy czegoś od niej wymagają. Jedyne czego teraz pragnęła to spotkać Jeseya. Wiedziała że ten poprawi jej humor. Właśnie dla tego zawsze nie mogła się doczekać spotkania z nim. Wyszła na taras. Położyła się na leżaku i zamknęła oczy. Miała nadzieję że jakimś cudem Jesey znajdzie się u jej boku będą mogli razem pogadać. Jednak nic takiego się nie stało i musiała wstać i iść odrobić lekcję. Gdy odrobiła pracę domową i nauczyła się na jutrzejszy sprawdzian z fizyki, włączyła komputer. Weszła na Google+ i do razu ktoś do niej napisał. Był to Jesey. Serce zaczęło jej mocniej być gdy chłopka się przedstawił. Johnatan zaproponował wypad do klubu zamiast treningu a ona się zgodziła. Umówili się na 21. Do tego czasu Kat leżała na łóżku i myślała w co się ubrać. Około 19 wzięła prysznic i wyprostowała włosy. Potem delikatnie umalowała oczy czarnym cieniem i czarną kredką. Nałożyła róż na policzki i błyszczyk na usta. Na samym końcu przed 21 założyła krótka czarną sukienką z cekinowymi paskami wzdłuż, która leżała na niej jak druga skóra. Potem założyła pantofle na 15 centymetrowym obcasie. Po kilku minutach rozległ się dzwonek do drzwi. Kat zbiegła szybko po schodach. Chciała jako pierwsza otworzyć drzwi. Wiedziała że w domu jest Felix i Alex. Gdy wyszła z za ściany zobaczyła przy drzwiach Alexandra. Westchnęła głośno. Wiedziała ze Alex nie jest zbyt rozmowną osobą i na pewno powie coś głupiego a Jesey pomyśli, że jej przybrany brat jest idiotą. Katrina wiedziała że on jest idiotą bo kto normalny siedziałby zamknięty w ciemnym pokoju i czytałby książki o wampirach i szukałby na necie informacji o nich. Usłyszała kawałek rozmowy chłopaków. Alex pytał do kogo Johnatan przyszedł. Ale idiota, pomyślała. Głupie pytanie do kogo Jesey przyszedł. Kolejny raz westchnęła. Ruszyła uśmiechnięta w stronę drzwi. Z malutkiego stolika po drodze na którym stał bukiet kwiatów, leżała torebeczka w czarnym kolorze. Zabrała ją szybko nie przystając na sekundę. Zwinnym ruchem ominęła Alexandra.
-Idziemy?- Zapytała uśmiechając się napięcie.
Jesey zrozumiał o co chodzi.
-Kiedy indziej pogadamy.- Powiedział do brata Katriny i wyszli.
Gdy dotarli do klubu była godzina 21.30. Potańczyli trochę, wypili kilka kieliszków wódki. Jesey przyprowadził Manuela. Tego samego wilkołaka którego niedawno poznała w jak to Johnatan nazwał pełnej okazałości.
Rok 2006.
Był zmieszany ostatnimi wydarzeniami. Przez jego głowę przebiegało mnóstwo myśli. Leżał na łóżku i rozmyślał. Postanowił wyjść na zewnątrz. Była już noc więc musiał wyjść z domu po cichu by nie obudzić pozostałych domowników. Zamkną za sobą drzwi frontowe i ruszył przez ciemną uliczkę gdzie nie było lamp. Otaczała go ciemność. Widział jedynie niektóre kontury budynków, które były w pobliżu. Czuł jednak, że ktoś go obserwuje. Kilka razy odwracał się do tyłu ale nikogo nie widział. Starał się to robić w najmniej spodziewanych momentach by zaskoczyć przeciwnika. Po chwili gdy odwrócił się ostatni raz stwierdził, że to głupie. Pomyślał, że to tylko wytwór jego wyobraźni, że jest za bardzo przewrażliwiony. Mógł mieć do tego prawo. W końcu ostatnie wydarzenia nie należały do najprzyjemniejszych.
Nagle coś huknęło. Chłopak odwrócił się przerażony i z osłupieniem patrzył na wielką zieloną smugę powietrza. Cofną się do tyłu o kilka kroków. Dym posuwał się z nim. Z każdym krokiem chłopakowi biło coraz szybciej serce. Po kilku metrach poczuł, że plecami opiera się o ścianę. Zielona chmura była trzy kroki przed nim. Ciemnowłosy wiedział, że już nie ma ucieczki przed… przed nie wiadomo czym. Do tej pory nie widział czegoś takiego. Spotkał się z tym tylko w bajkach, które namiętnie oglądał jego brat. W bajce to były duchy. Jednak on nie wierzył w duchy. Chociaż teraz już nie wiedział co jest prawdą a fikcją. Smuga nagle przybrała kształt prześcieradła wiszącego na człowieku.
-Cholera! To jednak duch!- Krzykną chłopak.
Zielony kształt rzucił się na niego ale ten zrobił unik i znalazł się po drugie stronie. Dokładnie tam gdzie fruwał dym zanim zmienił postać. Spojrzał na niego i gdy ten kolejny raz miał się rzucić ciemnowłosy wizą nogi za pas i biegł tak szybko jak tylko potrafił. Wybiegł na oświetloną ulicę ale to nic nie dało. Duch gonił go dalej. Młodzieniec chwycił po drodze kij leżący na skrawku zieleni. Pobiegł w uboczne miejsce i krzykną:
-Nie podchodź tu bo mam kija! Zrobię ci krzywdę a tego chyba nie chcesz!- Krzyczał z udawanym przekonaniem o tym, że to pomoże. Że to wystarczy by zniechęcić do siebie napastnika.
Smuga jednak nie dała za wygraną i ponownie targnęła się na chłopca. Ten wymierzył jej cios kijem gdy była przed nim. Duch zaskomlał ale znowu ruszył do ataku. Nastolatek powtórzył swoją obronę ale tym razem kij złamał się. Dym przyparł go do ściany i tym samym uderzył się w głowę. Duch syczał przy jego uchu. Nagle chłopak usłyszał obcasy na asfalcie. W ich stronę szła jakaś postać ubrana w czerwony długi płaszcz. Zielony kształt spojrzał na nadchodzącego osobnika i rozpłyną się w powietrzu. Chłopak spojrzał w miejsce zniknięcia swojego napastnika a potem w stronę ulicy ale nie zauważył na drodze ani w uliczce na której był, żadnego człowieka. Nie było tam nikogo oprócz niego. Serce biło mu jak oszalałe. Był o krok od śmierci ale pomógł mu jakiś obcy. Chyba pomógł, stwierdził w myślach. Puścił się biegiem do domu. Nie chciał spotkać już nic nadzwyczajnego ani nikogo dziwnego. Podczas biegu przypomniał sobie że to dopiero tydzień temu dowiedział się kim jest. Kim tak naprawdę jest. Zastanawiał się czy są jakieś treningi dla takich jak on. Przydałyby mi się, pomyślał, jestem słaby, wolno biegam, nie umiem walczyć. Wiedział, że tego wyliczania mogłoby być więcej. Nagle zatrzymał się narodku ulicy. Obok niego przejechał samochód z którego słychać było głośne basy. Zawrócił z drogi do domu i pobiegł do klubu. Do tego samego gdzie dowiedział się że jest Nocnym Łowcą. Otworzył drzwi do środka i szedł przez korytarz. Ktoś go zaczepił. To był ten sam facet co kilka dni temu. Mężczyzna miał na imię Andrew.
-Jak się masz?- Zapytał mężczyzna.
-Nie za dobrze. Jakieś pół godziny temu gonił mnie szalony duch! Co to ma być do cholery! Spodziewałam się, że przedmioty będą przez niego przechodzić a tym czasem wbiłem mu kołek w… hmmm co to w ogóle było? Brzuch? Noga?
-Uspokój się. To nie był duch.. Duchy żyją w Arivadzie.
-To co to było?! Co to jest Arivada? Jakieś zaświaty?
-Nie. Arivada to miasto gdzie trafiają dusze po śmierci.
-To nie istniej coś takiego jak niebo?
-Istnieje ale jest dla wybrańców.
-Wybrańców.
-Tak głównie dla ludzi i NC.
-NC?
-To skrót od Nocnych Łowców. Nie wiesz?
-Jak bym wiedział to bym się nie pytał- Odpowiedział sarkastycznie.
-Pytałeś co to było jak nie duch.
-No właśnie. Odeszliśmy od tematu yyy.. Andrew.
-Tak. To był demon.- Powiedział z lekkością.
-Demon? Kurde.. to co jeszcze? Elfy też istnieją?
-No tak.
-I co może jeszcze królewna śnieżka i kopciuszek?- Zaśmiał się.
-Hahah.. to dobre. Przydałyby się takie piękności wśród NC. \
-To co nie macie ładnych dziewczyn?
-Hmmm może ładne i one są ale tylko czasem . Zazwyczaj ubierają się na czarno, nie malują się, włosy mają związane.. Hmmm jednym słowem nie ma na co patrzeć.
-A co z ludzkim dziewczynami? Zabronione są takie związki? Jak u wampirów?
-Nie.. nie mamy takich sztywnych zasad ale śluby z przyziemną nie weżniesz… Nikt ci go nie da.
-Czemu?
-Bo mamy zasadę. Nie mieszamy zwykłej ludzkiej krwi z naszą.
-Chore…-Skwitował. Rozmawiali jeszcze chwile i Andrew obiecał, że załatwi młodzieńcowi treningi by był lepszy.
Następnego dnia zjadł rano śniadanie i wyszedł na spacer. Wędrował po parku. Dzisiaj nie poszedł do szkoły. Był zmęczony po wczorajszych wydarzeniach. Szedł uliczką. Co jakiś czas przy dróżce stały ławki a obok nich kosze na śmieci. W głębi parku ustawione były ławki ze stołami. Drzewa jeszcze miały liście chociaż już niedługo je stracą. Po parku chodziło kilka osób ze zwierzętami. W oko rzuciła mu się płacząca dziewczyna. Mogła mieć około 13 lat. Chłopka podszedł do niej. Zapytał co się stało a ona na to, że uciekł jej pies. Dla młodzieńca wydał się to głupi powód do płaczu ale nie powiedział tego na głos. Przedstawił się a dziewczyna uczyniła to samo. Tamara miała blond włosy, brązowe oczy, piegi na twarzy. Wyglądała jak mieszanka kilku różnych osobowości. Zazwyczaj osoby o rudych włosach mają piegi. Rzadko spotyka się również blondynki o ciemnych oczach. Od razu zaintrygowała chłopaka. Postanowił jej pomóc. Pytał Tamarę o wygląd psa, gdzie go ostatni raz widziała zwierzę i o jego ulubione miejsce. Przeszukali cały park. Zmęczeni usiedli na ławeczce. Dziewczyna podziękowała za pomoc i zaprosiła nowego znajomego do siebie do domu na herbatę. Młody zgodził się. Gdy podeszli pod blok gdzie mieszkała dziewczyna za zielonym samochodem stał pies podobny do tego którego opisała blondynka. Chłopka powiedział o tym Tamarze a ta zawołała psa po imieniu i on przybiegł. Przytulała zwierzę i głaskał go. Po jej policzku znowu popłynęły łzy.
Młodzi weszli do domu. Wypili herbatę i długo rozmawiali. Nie zauważyli nawet kiedy się ściemniało. Poszli wyprowadzić razem psa dziewczyny. Zatrzymali się przy zagajniku w parku. Tamara spojrzała w oczy ciemnowłosemu. Ten wiedział że dziewczyna daje mu sygnały, że go bardzo lubi. On jednak nie był nią zainteresowany. Sam się zdziwił gdy nagle pozwolił na to by dziewczyna go pocałowała. Złączeni w pocałunku obejmowali się gdy nagle coś w nich uderzyło. Chłopka zorientował się że to demon.



Tym razem dodałam dość szybko. Ale na kolejny rozdział będziecie musieli trochę poczekać. Teraz będę miała egzamin i muszę się uczyć.
  • awatar Gość: też piszę wejdź i poczytaj ;) zapraszam
  • awatar . Zagubiona ♥ .: ale to świetne co piszeesz <33
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Nie było mnie w domu. Wyjechałam. Dopiero dziś powróciłam . Ale tam miałam czas napisać więcej. Dziś wstawię dwa rozdziały

Rozdizał 6
rok 2011
Ulice były ciemne i opuszczone. W oddali słychać było tylko dźwięki z pobliskich dyskotek i barów. Ta pora najbardziej nadawała się na ataki demonów a blisko klubów kręciły się demony czyhające na upitą młodzież. Jesey uwielbiał te miejsca. Dzięki nim polował na demony i zabijał wampiry. Nigdy jednak nie zabił żadnego wampira przez kaprys. Nie potrafił tak zabić. Wampiry jednak były w niewielkiej części ludźmi i dla tego litował się nad nimi. Dla demonów był bezwzględny. Nienawidził ich z całego serca.. Dokładnie nie wiedział czemu ale po prostu tak czuł.
Teraz biegł przez mokrą i zadymioną uliczkę Rose Street. Musiał spotkać się z przyjacielem by coś sprawdzić. To pytanie siedziało mu w głowie od wczorajszego wieczoru. W ręku trzymał torbę ze spodniami zaplamionymi krwią Kat. Wiedział co teraz musi zrobić. Wiedział czego chciał się dowiedzieć jednak obawiał się czy będzie to prawdą.
Zapukał do drzwi Luck’a. Chłopak otworzył po kilku sekundach. Miał na sobie jak zwykle dużą ilość srebrno złotego brokatu który błyszczał pod wpływem światła.
-Co cię tu sprowadza?- Zapytał bez jakiegokolwiek zdziwienia.- Ostatnio jak przychodzisz to zawsze czegoś chcesz….
-Tym razem też.- Wszedł do środka domu nie czekając na zaproszenie.
-No więc o co chodzi?
-Chcę byś coś dla mnie zbadał…
-Hmmm kogo tym razem szukasz?- Zapytał z udawanym zamyśleniem.
-Nikogo. Chcę wiedzieć czy Katrina Night jest jedną z Dzieci Nocy… jedną z podziemnych..
-Rozumiem.. –Przerwał Jesey’owi wyliczanie- Masz to co będzie potrzebne?
-Chodzi ci o krew? Mam.
-Nie wypowiadaj tego słowa przy mnie!
Luck nienawidził słowa krew dla tego że jedna z jego dziewczyny była wampirem i o mało co go nie zabiła będąc na głodzie.
-Ok. Sory.
Jesey wyją z reklamówki spodnie i podał je zdziwionemu magikowi.
-Co to ma być?
-No jej… yyy..- Jesey zastanawiał się jak inaczej nazwać krew.- Jej płyny.
-I potrzebne ci były do tego całe spodnie? Nie mogłeś wyciąć kawałka?
-Wiedziałbyś czemu tak nie zrobiłem gdybyś wiedział ile kosztują takie spodnie…
-Mniejsza z tym. Lucrecia!- Zawołał do służącej- Przynieś mi moją różdżkę! I Zieloną Księgę!
-Jest taka?- Roześmiał się Johnatan.
-Zielona Księga to spis zaklęć całej mojej rodziny. Są tam najpotrzebniejsze zaklęcia a nie znam żadnego takiego by ustalić pochodzenie osoby więc może tam znajdę.
-Jasne. Tylko się postaraj- Uśmiechną się do przyjaciela.
Po dziesięciu minutach zaklęcie zostało odnalezione. Magik wypowiedział je i zrobił trzy obroty różdżką i uderzył nią w materiał poplamiony krwią. Luck zamkną oczy i dostał dreszczy. Po chwili zmagań upadł na podłogę i wyszeptał.
-Jest.
-Jest kim?- Zapytał Jesey podbiegając do przyjaciele. Dotkną jego ramienia.
-Jest podziemną.
-A dokładniej? Kim? Wampirem? Wilkołakiem? Elfem…?
-Ona.. jest… Nocnym Łowcą…
Leżała na łóżku i rozmyślała. Po chwili zadzwonił do niej kolega.
-Katrina! Jedziemy na ferie do Kanady?- Zapytał Travi.
-Yyyy… Hmmm no nie wiem….
-No weź…. Zgódź się proszę! Jedziemy całą paczką!
-No dobra ale nic nie obiecuję bo nie wiem co na to mama…
Następnego dnia w szkole siedziała razem z Diną na ławce. Rozmawiały o wszystkim i o niczym. Katrina nie wspomniała przyjaciółce że całowała się z jej bratem.
-A co u ciebie?- Zapytała Dina- Znalazłaś tego jedynego? Bujasz dzisiaj cały dzień w obłokach..
-No chyba znalazłam… -Uśmiechnęła się na samą myśl o Jesey’u.
-Kto to?
-No.. nie wiem czy ci mogę powiedzieć…
-Widziałam!- Di klasnęła w dłonie zadowolona!
-Ale że co?- Spytała z lekkim łomotem serca. Bała się że przyjaciółka będzie zła o to że zakochała się Johnatanie.
-Wiedziałam że chodzi o Johnatana!
Katrinę zatkało. Nie wiedziała czy się przyznać czy nie…
-No.. tak- Lekko się uśmiechnęła. Była zawstydzona.
-Super! To opowiem ci o nim! Jest wrażliwy chociaż tego nie pokazuje, miał kilka dziewczyn ale to przeżytek… nigdy ich nie kochał..
-A skąd pewność że mnie kocha?
-Po prostu ma ten błysk w oczach. Jest podenerwowany czyli martwi się o ciebie! Dobra bo odbiegamy od tematu. Chcesz o nim jeszcze wiedzieć?
-Coś o dzieciństwie.
-Hmmm Jesey jest z nami od kąt skończył pięć lat…
-To nie jest twoim rodzonym bratem?!
-Nie. Jego rodzice go zostawili.- Odparła smutna Di
-A czemu?
-Nie wiem… Rodzice nic nam nie mówili.. Jesey też nie zbyt chętnie o tym rozmawia.
-To musi być dla niego bolesne.
-Z pewnością takie jest. Jednak wydaje mi się że teraz jest szczęśliwy. Ma rodzinę itp.
-Tak ale to i tak nie zastąpi mu prawdziwych rodziców.
Dina rozejrzała się do okoła.
-Widzisz go?!- Zapytała przyjaciółkę wskazując palcem na chłopaka który siedział na schodach szkoły.- Jej! Jaki on przystojny no nie?
-No ładny jest..
-Ładny? Tylko tyle? Jest boski! To najprzystojniejszy chłopka jakiego widziałam! Jak ma na imię?
-Erick.
-Znasz go?
-Tak… to.. mój były…
-Naprawdę?! Dla czego go zostawiłaś? Takiego przystojniaka!?
-Po prostu go nie kochałam…
-Ehhh straciłaś suuupppeeeerrr ciacho!
Ktoś odchrząkną za ich plecami. Dziewczyny obróciły się napięcie. Przed nimi stał Johnatan. Oznajmił że chciałby pogadać na osobności z Katrina. Di od razu wymyśliła wymówkę i zostawiła zakochanych samych. Johnatan usiadł obok Kat na ławce. Bał się jej powiedzieć prawdę. Prawdę o tym kim jest. Wiedział że od razu mu nie uwierzy dla tego będzie musiał dać jej jakiś dowód.
-Mówiłeś że chcesz pogadać…
-No tak… tylko.. nie wiem jak to… powiedzieć…- Zacisną usta w wąską kreskę.
-Normalnie.
-Problem w tym że to dla ciebie nie będzie zbyt normalne. Chodzi o to że jesteś.. jesteś taka jak ja. Rozumiesz?- Z wyrazu jej twarzy zrozumiał że nie.- Ja.. jestem… Nocnym Łowcą…
-Czyli że kim? Nie wiem kto to…
-Tak myślałem.- Stwierdził krótko.- Urodziłaś się po to by walczyć z ciemną stroną tego świata.
-Jejku! Naćpałeś się? Myślałam że jesteś normalny!- Wstała z ławki ale chłopka szarpną jej rękę sprawiając że znowu usiadła.
-Uwierz mi. Nie kłamię ani nie ćpam. Jesteś tu po to by zabijać demony…
-Nie wierze! Daj mi spokój! Jesteś chory! Lecz się!
-Udowodnię ci to…
-Niby jak?
-Dzisiaj wieczorem przyjdę do ciebie i zabiorę cię do klubu. Tam ci coś.. a raczej kogoś pokarzę.- Wstał z ławki i odszedł.
Wieczorem Kat z niecierpliwością czekała na Johnatana. Zastanawiała się czy ubrać się imprezowo czy w ogóle się nie przebierać. Otwarła szafę i stanęła patrząc na mnóstwo kolorowych ubrań zawieszonych na wieszakach. W większości z nich w ogóle nie chodziła. Były albo za duże albo jej się nie podobały. Nie lubiła zbyt wyzywających strojów. Czasem tylko gdy szła do klubu to zakładała kuse spodniczki i bluzeczki z wielkimi dekoltami. Wszystko po to by podobać się chłopakom. Uważała to za głupie ale poddawała się namowom przyjaciółek. Gdy tak rozmyślała zadzwonił dzwonek do drzwi frontowych. Powolnym krokiem ruszył na duł po schodach. Sama nie wiedziała co powinna teraz czuć… strach czy szczęście że jest taka sama jak Jesey. Polubiła go i to nawet bardzo. Czuła że przy każdym spotkaniu z nim coraz bardziej się w nim zakochuje. W końcu otworzyła drzwi. W mroku stał on. Wyglądał na zmartwionego. Jego usta były zaciśnięte w wąską kreskę. Oczy wydawały się być rozszerzone i skupione na każdym kroku dziewczyny w jego stronę. Katrina uważnie obserwowała chłopaka. Bała się że zrobi jej coś bo miał minę niegrzecznego chłopca, mordercy. Jej serce biło coraz szybciej z każdym krokiem gdy zbliżała się do postaci w mroku. Jesey wyprostował się i gdy tylko Kat podeszła do niego. Ruszył przez podjazd domu i skręcił w uliczkę oświetloną lampami. Dziewczyna nie wiedział do jakiego klubu się kierują. Starała się dogonić chłopaka który szedł szybko jakby zależało mu na czasie. Przez głowę czarnowłosej przebiegła myśl że może on chce zrobić jej coś złego i pilnuje się czasu bo o danej godzinie mają się zjawić jego koledzy. Na sam powrót do tej myśli serce dziewczyny biło jak oszalałe. Przyśpieszył jej się oddech. Miała nadzieję że Johnatan pomyśli że to ze zbyt szybkiego tępa tej wędrówki jakie im narzucił ale on nie myślał teraz o tym. Zastanawiał się co będzie jeśli pewna osoba będzie chciała dorwać Kat w swoje ręce. Będzie musiał nauczyć ją walczyć i radzić sobie z silniejszymi przeciwnikami. On gdyby nie treningi byłby zwykłym nieudacznikiem. Nie umiał by nawet strzelać z kuszy i walczyć mieczem. Nocni Łowcy walczyli zazwyczaj mieczami które były robione ze specjalnego, magicznego tworzywa które było bardzo mocne. Magia pomagała zabijać demony. Gdyby walczyć zwykłym mieczem strasznie ciężko było by zabić takiego demona.
Wreszcie dotarli do klubu. Jesey otworzył Katrinie drzwi. Dziewczyna spojrzała na niego bardzo starając się zamaskować swoje przerażenie tym co zobaczy za drzwiami. Jesey za to patrzyła na nią jakby chciał uchronić ją od złego i przytulić, pocałować, powiedzieć że wszystko będzie dobrze. Jednak sam w to nie wierzył.
Ruszyli przez ciemny korytarz. Słyszeli swoje nierówne oddechy. Nagle drzwi na końcu korytarza otworzyły się a na korytarz wlała się jasna poświata. Kat stanęła jak wryta. Johnatan lekko popchną ją do przodu. Dziewczyna ruszyła spokojnym krokiem do środka sali powtarzając sobie że będzie co ma być. Jesey zaprowadził ją pod bar. Stała zdziwiona i zniecierpliwiona. Chciała już to wszystko mieć za sobą. By to okazało się że to jest zły sen, że Jesey gada głupoty.
Po chwili wyczekiwania podszedł do nich młody chłopak. Był wysoki z karnacją mulata o zielonych oczach i czekoladowych włosach. Od razu wydała się Katrinie dziwny. Te jego oczy.. były takie.. takie zwierzęce.
-Kat. Chcę żebyś poznała mojego kolegę Manuela w pełnej okazałości.
-Yyy.. Miło mi Katrina jestem- Wyciągnęła rękę do Manuela w przyjaznym geście a on podskoczył i zmienił się w wilkołaka. Był masywny i cały pokryty brunatną sierścią. Jego oczy zostały takie same. Dziewczyna z przerażenia nie wydała z siebie żadnego głosu. Oparła się tylko osłupiała o blat baru.
-Teraz mi wierzysz?- Zapytał Jesey z nutką żalu w głosie.
Czarnowłosa spojrzała na niego z oburzeniem i wybiegła z klubu pełnego ludzi. Albo nie ludzi. Wilkołaków i innych bestii, pomyślała z przerażeniem. Biegła ile tchu i siły w nogach. Nie chciała już znać Johnatana. Coraz bardziej zaczynała się go bać ale właśnie to ciągnęło ja do niego bardziej.
Wybiegła na ulice i oparła się o most. Oddychała ciężko. Po chwili ze spokojem podszedł do niej Johnatan.
-Kat.. ja.. to głupio wyszło ale.. ale nie chciałaś uwierzyć!
-To nie jest prawda.. to nie może być prawda! Rozumiesz? Nie!
-Daj rękę.- Rzekł spokojnie. Wyciągając magiczny kamień z kieszeni bojówek.
-Co?
-Daj rękę.
Dziewczyna posłusznie wyciągnęła rękę. Jesey przyłożył kamień do jej skóry i nakreślił na niej znak niewidzialności dla ludzi. Znak na początku pali a podczas rysowania kamień łaskotał. Johnatan poprosił by teraz zapytała przechodnia o godzinę. Po chwili przechodziła ulica jakaś młoda dziewczyna. Kat chciała do niej zagadać ale dziewczyna zdawała się jej nie zauważać. Wreszcie krzyknęła na nią ale dziewczyna nawet nie odwróciła się w jej stronę. Czarnowłosa z przerażeniem zapytała Jesey co to ma znaczyć. Ten ze spokojem odparł że to znaki anioła dają im taką moc. Zaproponował również że skoro dziewczyna się już uspokoiła to może jej opowiedzieć o Nocnych Łowcach. Zaczął od tego że to Anioł stworzył Nocnych Łowców ze swojej krwi i krwi ludzkiej. Zostali powołani do bronienia ludzkości przed demonami. Potem zaczął opowiadać o magicznym kamieniu który jest odłamkiem w kształcie patyka ze Skały Magii i o tym że dzięki niemu mogą rysować znaki które ich chronią oraz pomagają w walce. Następnie opowiedział o tym czym walczą Łowcy. Stwierdził że Kat musi zacząć treningi walki. Dziewczyna jednak nie była przekonana ale Jesey obiecał jej pomóc. Ustalili że każdej nocy oprócz weekendu będą się spotykać o 12 w nocy w parku na treningi. Rozmawiali jeszcze chwilę aż w końcu ciemnowłosa uświadomiła sobie że nie przeprosiła chłopaka za swoje zwątpienie w niego, za obrażanie go i za złe zachowanie.














Rozdział 7
Siedziała na lekcji Hiszpańskiego i nie mogła się skupić. Cały czas myślała o wydarzeniach z wczorajszego wieczora. O Manuelu który był wilkołakiem, o jego przemianie, o tym kim ona sama jest i o swoich nowych lekcjach. Wstawanie o północy to nie będzie zbyt miłe doświadczenie ale zrobiłaby wszystko by spotkać się z Johnataniem. Naprawdę zakochała się w nim. Wczoraj gdy z taką troską odprowadzał ją do domu i gdy opowiadał jej o wszystkim spokojnie i po woli tłumacząc co i jak po prostu chciała się do niego przytulic i pocałować go ale tego nie zrobiła. To było zbyt dużo wrażeń jak na jeden dzień. Gdy lekcja się skończyła poszła do swojej szafki by odłożyć podręczniki do Hiszpańskiego a wziąć książki do chemii bo teraz taką lekcję będzie mieć. Gdy zamieniła książki ujrzała Johmatana kroczącego spokojnie korytarzem. Wszystkie dziewczyny się za nim oglądały. Kat ruszyła w jego stronę i nagle poczuła że zawadza stopą o coś. Jesey był około dziesięciu kroków od niej jednak ją złapał zanim upadła na ziemię. Wszyscy spojrzeli na nich ze zdziwieniem. Nikt nie dał by rady złapać kogoś kilka kroków od siebie gdy ten upada.
-Cholera- Zaklęła siarczyście. Kolejny raz gdy spotyka się Johnatanem przewraca się
-Popracujemy nad tym- Szepną jej Jesey do ucha pomagając wstać. Uśmiechnęła się do niego blado. Gdy stanął na równe nogi zorientował się że kilkanaście osób na nich patrzy. Młody Gloom pociągną ją za rękę i wyszli z budynku szkoły. Chłopak opowiedział dziewczynie w co ma się ubrać na trening. Siedząc na ławce Katrina podziękowała Jesey’owi za złapanie jej. Gdy zadzwonił dzwonek pożegnali się i dziewczyna wróciła na lekcję. Gdy weszła do klasy kilka osób dziwnie na nią patrzyło. Po lekcjach wróciła do domu bo miała zamiar porozmawiać z mamą na temat wyjazdu na ferie do Kanady. W domu zdziwiła się bo była jej matka która zazwyczaj o tej porze jest w pracy. Na dodatek Felix też był.
-Co to za święto że jesteście w domu?
-Nie cieszysz się?- Zapytał Felix biorąc łyk herbaty.
-No powiem wam że dobrze się składa że jesteście. Muszę z tobą mamo pogadać bo widzisz mam takie pytanie.
-Słucham. Co masz mi do powiedzenia?- Zapytała chłodno matka.
-Mogę jechać na ferie do Kanady z przyjaciółmi?
-Na ferie?! Czyś ty dziecko oszalała?! Jesteś za młoda na takie wyjazdy! Wiadomo co robi młodzież gdy zabraknie opiekunów i co? Potem wrócisz z brzuchem?- Krzyczał Felix
-Zacznijmy od tego że w tedy to jeszcze brzucha nie będzie widać…- Zwróciła uwagę Kat.
-Nie zaczynaj! Nigdzie nie jedziesz! Zgadzam się z Felixem. Jesteś za młoda na takie wyjazdy!
-Ale wszyscy jadą! Mamo!
-Nie podjedziesz i koniec!- Felix był nie ugięty.
-Ty nie jesteś moim prawdziwym ojcem i nie masz prawa decydować o moim życiu i o tym co robię!!- Wykrzyczała to i pobiegła na górę. Położyła się smutna na łóżku. Kręciła się chwilę aż wreszcie usnęła. Nie chciała myśleć o tym całym bagnie a nie życiu. Miała gdzieś lekcje, szkołę i nauczycieli. Jedyne czego teraz pragnęła to spotkać się z Jesey’em.
Pykanie zegarka obudziło ją w najlepszej chwili snu. Właśnie w tedy gdy sen staj się głęboki i człowiek naprawdę odpoczywa. Oderwała leniwie głowę od poduszki patrząc na zielone cyferki które wskazywały 11 w nocy. Przetarła ręką oczy. Następnie założyła na nogi kapcie i poszła do łazienki. Umyła twarz i najciszej jak się da poszła do kuchni. Była okropnie głodna. Przespała kolację a na obiad zjadła tylko zupę i to na dodatek w szkole.
Spojrzała na zegarek który wskazywał wpół do 12. Jeszcze raz poszła do łazienki tym razem by umyć zęby. Potem otworzyła szafę i wyjęła z niej czarne bojówki i bluzę. Na nogi włożyła ciemne trampki. Wiedział że drzwi frontowe są zamknięte na klucz którego nie miała. W domu zawsze była gosposia i dla tego nie potrzebowała klucza. Teraz wszyscy śpią. No może wszyscy, pomyślała o Alexie. Postanowiła wyjść przez okno. Wydawałoby się to łatwe ale takie nie było. Kat mieszkała na pierwszym piętrze ale w okół okna nie było żadnego drzewka, żadnego dachu. Mimo tego jednak otworzyła okno i stanęła na framudze. Patrzyła z lekkim przerażeniem w duł. Czuła że nogi jej się trzęsą. Na trzy cztery, pomyślała.
-Trzy czteeeeryy- Szepnęła i skoczyła w duł.
W mgnieniu oka znalazł się na pokrytej zimną rosą trawie. Upadła na kolana i strasznie ją bolały. Wiedziała że będzie mieć siniaki i zadrapania. Szybkim ruchem podniosła się i wyprostowała. Poprawiła włosy związane prawie na czubku głowy w koński ogon. Rozejrzała się do okoła siebie i ruszyła w kierunku parku. Po piętnastu minutach spaceru dotarła na miejsce. Na ławce przy której się umówili siedział Johnatan. Bawił się jakimś pierścieniem który połyskiwał w świetle księżyca. Zanim Kat się odezwała chłopak spojrzał cwaniacko w jej stronę a ona uśmiechnęła się speszona. Jesye wstał i podszedł do dziewczyny.
-Dobrze że jesteś.-Powiedział kładąc swoją rękę na jej ramieniu.- Zaczniemy od szybkości bo troszkę się spóźniłaś.
Katrina zdziwiona spojrzała na zegarek. Chłopak miał rację. Spóźniła się 10 minut. Zastanawiała się jak to możliwe bo wydawało jej się że idzie w dobrym tempie.
-Sory.
Po wymianie kilku zdań przeszli do ćwiczeń. Najpierw była rozgrzewka a potem Jesey kazał Katrinie biec tak szybko jak tylko może do okoła stawu. Dziewczyna początkowo się skrzywiła ale pobiegła. Chłopak stwierdził że nie biega tak źle. Przez resztę godziny John tłumaczył Kat jak się szybko i zwinnie poruszać. Stwierdził że jeszcze około dwóch tygodni spotkań i Katrina będzie prawdziwym Nocnym Łowcą. Po treningu Jesey odprowadził swoją uczennicę do domu. Po drodze rozmawiali o Felixie. Czarnowłosa opowiedziała o awanturze która miała miejsce wczorajszego popołudnia bo była już godzina 1.10. Chłopak poradził jej by przeprosiła ojczyma jednak ona nie chce tego zrobić. Twierdzi że nie jest jej ojcem i nie ma prawa nią kierować.
-Hej..-Jesey przystaną pod domem dziewczyny i obrócił ją w swoją stronę.- On cię kocha jak własną córkę. Chce dla ciebie jak najlepiej. Rozumiesz?
Patrzyli sobie w oczy. Katrina zupełnie zapomniała o Bożym świcie i słuchała Johnatana.
-Wiem ale teraz… teraz.. trochę mi ciężko. Wiesz.. nie mogę się skupić na normalnym życiu gdy dowiedziałam się że istniej ciemna storna świata.. czy jak to tam- Skrzywiła się.
-Rozumiem cię. Mnie też nie było łatwo. Ale przyzwyczaisz się. Zobaczysz… spotkasz mnóstwo miłych ludzi chociaż radzę nie szukać ich w Nocnych Łowcach bo jesteśmy narcyzami.. podobno.. tak mówią.
-Ale ty taki nie jesteś.. jesteś miły, pomagasz mi..
-Hmmm... No cóż… czasem potrafię być miłym.
-Ale Di i Tomi też są przyjaźni…
-Aaa… no tak.- Jesy złapał Kat za rękę.- Oni nie są.. Nocnymi Łowcami… Tylko ja nim jestem…
-Ygh…-Westchnęła ciężko.
-Powinnaś już iść spać skoro masz jutro iść do szkoły.
-A no tak…no to.. cześć.-Przygryzła wargę zupełnie tak jakby na coś czekała.
Johnatan objął ją i przyciągną do siebie. Złączyli się w namiętnym pocałunku.
Rano obudziła się zmęczona, nie wyspana i obolała. Jednak była szczęśliwa. Tamten pocałunek pod domem był dla niej czymś magicznym. Czymś co zachęcało ją do dalszego życia, dalszego istnienia. Zbiegła na dół do kuchni w krótkiej czarnej spódniczce w zielonej szerokiej koszulce i czerwonych wysokich trampkach. Od razu gdy tylko zastała mamę i Felixa w kuchni przeprosiła ich. Zjadła śniadanie i już miała wychodzić z domu gdy zatrzymała ją matka.
-Córeczko wiesz…. Jednak zmieniliśmy zdanie z Felixem. Możesz jechać na te ferie do Kanady. Bardzo ładnie postąpiłaś przepraszając nas a szczególnie Felixa który naprawdę bardzo cię kocha. I mimo że w to nie wierzysz albo nie dopuszczasz tego do swojej świadomości on martwi się o ciebie i traktuje cię jak własne dziecko.
-Wiem… W nocy zdałam sobie z tego sprawę….





 

 
Rozdział 5
Rok 2011
Stali w milczeniu. Żadne z nich się nie odezwało. Patrzyli sobie namiętnie w oczy jakby próbując czy czytać z nich odpowiedzi na nurtujące ich pytania. Niestety. Nie dało się tego robić. Nie istniało nawet takie zaklęcie. Po chwili zadzwonił telefon Katriny. To była Di. Kat powiedziała szybko że już wraca do domu o rozłączyła się.
-Wyjątkowa…- Szepnęła po cichu.- W takim razie opowiedz mi czemu niby jestem taka wyjątkowa.
Jesey ruszył w kierunku domu Kat. Dziewczyna szła obok niego.
--Bo.. mnie widziałaś- wiedział że to zabrzmi strasznie głupio i jak masło maślane ale nie miał innego wyjścia. Bez upewniania się nie powie Katrinie kim może być.
-Jezu! Tyle to wiem że cię widziałam ale co z tego?! Każdy mógł cię wiedzieć!
-No właśnie nie….- Zatrzymał się.- Nie każdy.
Obudziła się rano w bardzo dobrym humorze pobiegła do łazienki. Wzięła prysznic i ubrała się. Założyła na siebie różową bluzkę z kaskadowym dekoltem i wstawką wyszywaną cekinami. Na nogi założyła krótkie czarne spodenki i buty na wysokim obcasie. Zjadła szybko śniadanie i umyła zęby. Następnie delikatnie się umalowała i poszła do szkoły. Pod szkołą czekał na nią Johnatan. Co prawda nie bardzo chciała go widzieć ale jakoś dziwnie przyjemnie zrobiło jej się na jego widok. Chłopka podszedł do niej. Powiedział że jeśli chce widzieć o sobie więcej to musi iść z nim. Kat nie zgodziła się bo miała lekcje ale po chwili zmieniła zdanie gdy zobaczyła jak Di całuje się z jej przyjacielem Davidem. A co z jej bratem? Co z Alexem? Jak on się będzie czuł? Zaangażował się w ten związek i dostanie kosza. Kat pociągnęła Jesey za rękę i ruszyli przez las.
-Już nie obawiasz się o lekcje?
-Nie bo zobaczyłam jak twoja siostra przyprawia rogi mojemu bratu z moim przyjacielem.
-Przyjacielem?- Zainteresował się. Katrina pomyślała że penie chodzi mu o Di, nie o nią.
-Tak.. Davidem.
Resztę drogi szli w milczeniu aż dotarli do Góry Miłości. To nie była góra z prawdziwego zdarzenia. Wysoka i z czubkiem. Był to mały pagórek porośnięty trawą, koniczyną i białymi kwiatkami. Wszyscy nazywali to miejsce Górą Miłości dla tego że przychodzili tutaj zawsze zakochani.
-No więc… Mów.- Powiedział z entuzjazmem Katrina.
-Myślę że skoro.. mnie widziałaś… wczoraj w nocy… Rozmawiałem z przyjacielem i jesteśmy zdania… że… że… jesteś…- To słowo nie chciało przejść Johnatanowi przez gardło. Kat chodził po Górze rozluźniona. Chłopak jednak wiedział że dziewczyna jest skupiona na tym co on do niej mówi.- Wydaje mi się … to znaczy nam.. mnie i mojemu… przyjacielowi…- Mówił zdenerwowany.- Że… jesteś….- Chłopak nie zdążył dokończyć zdania bo usłyszał krzyk a przyjaciółka jego siostry zniknęła z pola widzenia. Podbiegł do miejsca gdzie ona ostatnio stała. Spojrzał w duł . Dziewczyna staczała się po górce. Trafiła głową w niewielki zaokrąglony kamień. Jesey szybko zbiegł do niej i położył sobie jej głowę na kolana. Delikatnie musną ręką jej włosy. Na jego palcach została jej krew. Wytarł ją o spodnie. Potrząsną Katriną ale ta nie otworzyła oczu. Na rękach zaniósł ją od zaprzyjaźnionego magika. Magicy mieli również dar uzdrawiania przez zaklęcia. Nocni Łowcy mogli używać tylko niektórych zaklęć głównie związanych z walką. Jesey mógłby sam uzdrowić Kat ale jeśli ona naprawdę nie była kim podejrzewał to zrobiłby jej krzywdę dale tego wolał oddać ją w dobre ręce.
Gdy tylko otworzyła powieki zobaczyła błękit nieba który ją oślepiał. Jęknęła a później uświadomiła sobie ze ktoś niesie ją na rękach. To Był Johnatan. Jego mięśnie były naprężone a oczy zmartwione. Mimo tego że był tylko o rok starszy musiał dużo ćwiczyć. Jego mięśnie były całkiem widoczne. Poczuła silny ból głowy i znów straciła przytomność. Drugim razem obudziła się leżąc na miękkim łóżku. Nie była w swoim pokoju. W tym pomieszczeniu ściany były beżowe sufit w kolorze brzoskwini, meble ciemne prawie czarne i zasłonięte okno. Przez chwilę zastanawiała się czy nie jest w pokoju Alexa który stara się unikać światła dziennego ale gdy tylko podniosła głowę zobaczyła Jesey’a. Siedział rozparty na fotelu. W ręku trzymał gazetę ale nie czytał jej. Teraz patrzył jak Kat ostrożnie podnosi się z łóżka. Jego ciemne oczy wpatrywały się w nią intensywnie.
-Gdzie jestem?
-W moim pokoju- Powiedział ze spokojem.
-Cholera…- Złapała się za głowę.
-Wszystko w porządku?- Rzucił gazetę na stolik i podszedł do dziewczyny leżącej na łóżku. Usiadł obok niej. Jego mina zdradzała że martwi się o Kat.
-Tak ale… cały czas przysparzam ci problemów…. Za każdym razem gdy się spotykamy…
-Po prostu cienki początek znajomości- Uśmiechną się krzywo.
-Taaa…
-Może powinnaś się wieszcze położyć?- Poprawił poduszki za Katriną.
-Nie… nie chcę problemów robić- Powiedziała zawstydzona tym że chłopka opiekuje się nią.
-Nie robisz kłopotu.. jesteś… przyjaciółką mojej siostry więc…
-Lepiej będzie jak już….
-Nie-Przerwał nagle.- Nie pójdziesz do domu. A przynajmniej nie sama. I nie teraz. Odpocznij jeszcze a potem zawiozę cię do domu.
Kat otworzyła usta jakby chciała coś powiedzieć ale Jesey jej nie pozwolił mówiąc by się położyła i że idzie na duł zrobić jej herbatę. Ciemnowłosa położyła się zanim John wyszedł z pokoju. Po chwili zasnęła. Gdy się obudziła była już godzina 16. Jesey’a nie było w pokoju. Zeszła więc na duł. Chłopak siedział na kanapie w salonie i oglądał film. Kat usiadła obok niego. Jesey odwrócił głowę w jej stronę.
-Przeszkadzam?- Spytała.
-Nie…- Odwrócił się znowu do telewizora.
Siedzieli w ciszy kilka minut. Katrina wstała z kanapy.
-To ja już pójdę. Dzięki za wszystko.- Zaczęła iść w kierunku wyjścia.
-Czekaj!- Dziewczyna zatrzymała się.- Miałem odwieźć cię do domu.
-Z tego co wiem to nie masz prawa jazdy ani samochodu.
-Ale mam motor- Uśmiechną się cwaniacko.
-Nigdy nie jeździłam na motorze.
-Zawsze musi być ten pierwszy raz.- Wstał z kanapy i poszedł do wyjścia. Kat poszła za nim. Wyszli na podwórko. Drzwi do garażu otworzyły się. Oczom Kat ukazał się duży szary motor. Patrzyła na niego jak na coś złego. Jak na cos czego nie była pewna co to jest.
-Chodź- odezwał się Jesey. Dziewczyna niepewnym krokiem ruszyła w stronę pojazdu. Bała się bo to było dla niej coś nowego. Zawsze jeździła rowerem albo samochodem ale nigdy nie motorem. Najgorsze były jej głupie myśli. Cały czas wydawało jej się że pojazd może stracić równowagę a oni zostaną przez niego przygnieceni. Albo wjadą w drzewo lub na nierównościach w drodze wywalą się. W końcu usiadła na miejscu dla pasażera czyli za kierowcą.
-Jeśli się boisz to mnie obejmij.- Powiedział miękko przed uruchomieniem silnika. Kat przytuliła się do Jesey’a bo naprawdę się bała. Silnik zaryczał i wyjechali z garażu. Katrina zamknął oczy gdy poczuła że jadą już z niebezpieczna prędkością. Najgorzej było przy zakrętach gdy pojazd przechylał się na bok. Dziewczyna okropnie bała się by nie wypaść. Johnatan natomiast wydawał się zrelaksowany i pewny siebie. No głupio by było, stwierdziła Katrina. gdyby bał się jechać na własnym motorze tym bardziej że robił to już mnóstwo razy! Głupia, skarciła się w myślach.
Po kilku minutach podjechali pod dom Kat. Johnatan pierwszy zszedł z motoru i pomógł Kat uczynić to samo. Dziewczyna była cała sztywna. Strach ją sparaliżował chodź nie było się czego aż tak bardzo bać. Niebo zaczęło zasłaniać się chmurami. Stali naprzeciwko siebie. Patrzyli sobie w oczy. Ich usta zbliżały się do siebie by wreszcie złączyć się w pocałunku. Kat obróciła głowę w kierunku zachodu słońca. Niebo przybrało pomarańczowo czerwona barwę. Katrina zachwycona tym widokiem westchnęła lekko i znów spojrzała na Jesey’a. Patrzyła chłopakowi w oczy starają się wyczytać z nich jego uczucia lecz na darmo. Jego źrenice nie ujawniały niczego. Były jakby zimne a zarazem troskliwe i kochające.
-Na mnie już czas.- Odezwał się zostawiając dziewczynę wpatrzoną w pustkę. Po tym jak Johnatan odjechał poszła do domu. Zrobiła sobie herbatę i kanapki. Włączyła pierwszy lepszy program w telewizji. W domu było jak zwykle cicho. Można by się zastanawiać czy nie jest przypadkiem opuszczony przez domowników ale nie. Kat miała pewność ze Alex jest w swoim pokoju tylko jak zwykle ucieka przed rzeczywistością. Po zjedzeniu posiłku postanowiła iść z nim pogadać. Zapukała od drzwi. Nie usłyszała odpowiedzi więc powtórzyła pukania. Również nikt nie odpowiedział więc przekręciła gałkę i pchnęła drzwi. Jej oczom ukazał się ciemny pokuj. Zapaliła światło i nikogo nie zobaczyła więc wyszła. Tym razem poszła do swojego pokoju i położyła się na łóżku. Zanim usnęła długo jeszcze myślała o pocałunku dzisiejszego dnia.
















Przepraszam ale nie miałam zbytnio czasu. Dorwałam Fantom i musiałam przeczytać ;p
Czekam na komentarze. Co o tym myślicie?

Po za tym ostatnio widzę na korytarzu dziewczynę czytającą Pamiętniki Wampirów <3 . Jeszcze nikogo takiego nie poznałam. Muszę ją poznać jak najszybciej ... ;p
  • awatar ♥OneLiveOneLove♥: ♫ღ♫ღ♫ღ♫ღ♫ღ♫ღ♫ღ♫ღ♫ღ♫ღ♫ღ♫ღ♫ღ♫ ♥░░░░░░░░░░░░░░░░░░░░░░░░░░░░♥ ♥░▀█▀░░░▀█▀░▀█▀░▀█▀░░▀█▀▀▀▀█░♥ ♥░░█░░░░░█░░░█░▄▀░░░░░█░░░░░░♥ ♥░░█░░░░░█░░░█▀▄░░░░░░█▄▄▄░░░♥ ♥░░█░░░░░█░░░█░░▀▄░░░░█░░░░░░♥ ♥░▄█▄▄█░▄█▄░▄█▄░░▄█▄░▄█▄▄▄▄█░♥ ♥░░░░░░░░░░░░░░░░░░░░░░░░░░░░♥ ღ♫ღ♫ღ♫ღ♫ღ♫ღ♫ღ♫ღ♫ღ♫ღ♫ღ♫ღ...it
  • awatar . Zagubiona ♥ .: fajneee :d
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Rozdział 4
Rok 2011
Stwór przebiegł obok niego jakby go wcale nie zauważył. Jesey narysował szybko znak na niewidoczność dla ludzi i pobiegł za stworem. Potwór zaprowadził go do ciemniej uliczki blisko klubu muzycznego. Jesey obserwował stworzenie przez chwilę a później wyszedł mu na spotkanie. Potwór okazał się nie być sam. Za nim leżał demon. Był slaby. Najwidoczniej jakiś inny potwór dał wycisk demonowi, stwierdził Johnatan. W tej samej chwili obślizgłe cielsko odwrócił się w stronę Johna i spojrzało na niego swoim jednym okiem które znajdowało się na policzku. Chłopak westchną wiedział że bez broni to będzie ciężka walka. Chwycił drewniany kołek który był oparty o ścianę. To była jego jedyna broń. Rzucił się na potwora. Ten jednak zrobił unik i Jesey prawie wpadł na demona ale ten znikł przed jego oczami. To była nowość dla chłopaka. Demony nie znikały tak po prostu. Teraz jednak nie miał czasu się nad tym zastanawiać musiał ratować swoje życie. Odwrócił się do tyłu tak szybko jak tylko się dało. W jednej chwili potwór znalazła się przy nim a on wbił mu kołek w brzuch. Stworzenie nocy jęknęło, potem zasyczało aż w końcu rzuciło się na młodzieńca.
Wyszła z klubu bo już nie mogła wytrzymać tego huku. Muzyka grała zbyt głośno. Lubiła się dobrze bawić ale wolała nie ogłuchnąć w tak młodym wieku. Przeszła się ciemną uliczką. Wiedziała że nikogo tu nie będzie. Dopiero dwie przecznice dalej sprzedają dragi. Tutaj była bezpieczna. No prawie. Usłyszała jakieś jęki. Po cichu podbiegła do muru budynku i wyjrzała za niego. Zobaczyła jakiegoś chłopaka wbijającego coś drewnianego w jakiś dziwny kształt. To musiało być stworzenie bo jęczało i krew się z niego lała. Kat przyjrzała się lepiej i nagle zobaczyła że czyjeś nogi padają bezwładnie na asfalt. Jeszcze większym wstrząsem było dla niej ujrzenie tego który zabił. Jego dłuższe włosy zasłaniały twarz ale Kat doskonale wiedziała kto to. Oparła się bezradnie o muru. To był szok. On jest zabójcą! Zabił człowieka!
-Nie-szepnęła- Jesey nie może być zabójcą.
Tego było już za wiele. Najpierw znikający demon a teraz potwór zamieniający się w człowieka! Dla Johnatana to był naprawdę okropny dzień! Musiał iść wyjaśnić wszystko z Luckiem. Czy to naprawdę musi się mnie przydarzać? Wszystko co najdziwniejsze, zastanawiał się. Nagle usłyszał stukanie butów na drodze. Rozejrzał się wychodząc na ulicę ale nikogo nie zobaczył. Jego też nikt nie mógł zobaczyć. Zapukał do drzwi Lucka. Chłopka otwarł mu drzwi i wpuścił do środka.
-Co tam? Zaklęcie na niewidzialność?- zapytał Luck.
-Ta… małe starcie… mam dla ciebie robotę- powiedział z uśmiechem na ustach. Luck uwielbiał nowinki i grzebanie po starych książkach. No w końcu był magikiem.
-O co chodzi?- spytał zaciekawiony.
-Demony… nie znikają prawda?
-Nooo… nie..
-To czemu dzisiaj jeden znikną?
-Znikną? -Zadziwił się magik.- Jak to? Rozpłyną się? Zmienił w proch?
-Znikną. Po prostu znikną.
-Cholera! Czarna księga!- Sykną ze złością.
-Myślałem że ją zniszczyłeś!
-Gdyby to było takie proste… Tego cholerstwa nie da się niczym zniszczyć. Musieli mnie okraść.
-Jakoś nie widzę by były tu jakie kol wiek ślady włamania.
-Ehh Jesey! Przecież nie trzymałbym tu księgi! To jest zbyt niebezpieczne!
-To gdzie ona jest bądź gdzie była.
-Zakopałem księgę pod…mostem.
-Pod mostem?!- Krzykną z niedowierzaniem w głosie Jesey.- Jesteś kretynem!
-Dzięki… będziemy tu tak stać czy pójdziemy sprawdzić czy ona nadal tam jest.
-Nie traćmy czasu.
Wszyscy już wyszli przed klub. Nikt nie mógł znaleźć Katriny. Di i Alejandra jako najlepsze przyjaciółki dziewczyny bardzo się o nią martwiły. Podobnie zachowywali się przyjaciele czarnowłosej. Katrina jest bardzo piękna i dla tego ma wielu wielbicieli w szkole. Alejandra swego czasu zazdrościła koleżance ale potem znalazła sobie chłopaka Maxa. Dzięki temu zaprzyjaźniła się jeszcze bardziej z Kat. W tedy dziewczyny już nie musiały rywalizować chociaż Kat nigdy tego tak nie odbierała i nie podchodziła do tego z taką zapalczywością jak Alejandra.
Przyjaciele zgromadzili się w kółku. Nikt nie wiedział gdzie jest Katrina. Dzwonili do niej ale ona nie odbierała. Dina rozpłakała się. Postanowiła że zadzwoni do starszego brata by im pomógł a po za tym wczoraj wydawał się zainteresowany jej przyjaciółka. Wczoraj Di zaraz po tym jak wróciła do domu zastała Jesey siedzącego na kanapie. Bawił się jakimś pierścieniem. Chyba już mu to weszło w nawyk z tym pierścieniem, pomyślała. Zawsze gdy było mu smutno obracał w dłoniach błyskotkę. Nigdy nikomu jej nie oddawał. To było dziwne ale kiedyś Johnatan powiedział je że to pamiątka po jego ojcu.
Di próbowała dodzwonić się do brata ale ten nie odbierał. Przebiegło jej przez myśl że może są razem ale stwierdził po chwili że to nie możliwe.
Droga była błotnista a błoto przyczepiało się do butów. Jego jednak to nie obchodziło. Za wszelką cenę chciał się przekona czy księga jest na swoim miejscu. Czarna Księga była spisem wszystkich zakazanych zaklęć. Używać można było jej tylko za pozwoleniem ale nikt na świecie jeszcze nie miał takiego papierka. Wdawała go królowa. Uważała się za matkę wszystkich dzieci nocy ale to nie była prawda. Kobieta nigdy nie zasłużyła na takie miano. Nie lubiła zmiennokształtnych i wampirów. Jedyne stworzenia jakie tolerowała to byli Nocni Łowcy i elfy. Darzyła jeszcze jako takim szacunkiem Łowców Wampirów ale tylko dla tego że niszczyli tych do których żywiła odrazę. Sama królowa była wampirem. Jesey słyszał pogłoski że nienawidzi się za to. Za to że zaufała i zakochała się w przystojnym chłopaku. Co prawda do teraz ma do nich słabość ale traktuje ich z dystansem jakby mogli jej cos zrobić.
Luc zatrzymał się przed ogromnym szarym filarem mostu. Wskazał palcem w ziemie. Johnatan spojrzał na niego pytająco. Po chwili ziemia zaczęła się trząść. Z miejsca na które wskazywał Luck wydobyła się żelazna skrzynka. Otworzyła się gdy Luck pstrykną palcami. Jesey nachylił się by zobaczyć czy w środku znajduję się Czarna Księga. Luck odepchną go klękając naprzeciwko skrzynki. Wydał z siebie jęk.
-Skrzynka jest pusta- Stwierdził chłopka załamanym głosem.
Johnatan poczuł uderzenie gorąca a potem usiadł na pisaku. Był załamany. Przez nie odpowiedzialność jego przyjaciela ludzkość może zginąć. Podobnie jak inne stworzenia nocy. Księga kryła w sobie nie wyobrażalną moc. Najgorsze było to że w swoje łapska dostały ją demony! Najgorsze stworzenia nocy jakie mogą być. Właśnie dla tego Anioł stworzył Nocnych Łowców. Stworzył ich po to by pilnowali porządku między światem ludzi a światem mroku. W świecie Łowcy było o wiele łatwiej ale i niebezpieczniej. Demony czyhały na ciebie zaraz po zmroku by cię dopaść i wypić z ciebie krew. Większość myśli że ot da im siłę chociaż tą bujdę obalono dwadzieścia lat temu. Teraz większość po prostu nienawidzi cię za to że jesteś lepszy i błogosławiony a oni wyklęci. Po kilku minutach rozmyślań Johnatan wstał i pomógł dojść do siebie kumplowi który nadal klęczał przy skrzynce. Jesey mówił ze to nie jego wina chociaż w cale tak nie uważał. Dobrze wiedział że Luck nie zachował zbyt wielkich środków ostrożności. Podobno był jednym z najlepszych młodych magików ale to wcale nie była prawda. Może i umiał nadzwyczajnie czarować ale był głupi. Nieostrożny i nie rozważny. Johnatan wyciągną telefon by sprawdzić która godzina. Zobaczył kilka nie odebranych połączeń od siostry. Oddzwonił do niej szybko. Gdy dowiedział się że Kat zginęła zaklną głośno i rozłączył się. Poprosił Lucka by odnalazł myślami Kat. Ten jednak nie mógł tego zrobić bez jakiejkolwiek rzeczy która należała do poszukiwanej. John zrezygnowany oparł się o ścianę podtrzymującą most. Przejechał brudną od piachu ręką po włosach. Odetchną głęboko a po chwili sięgną ręką do kieszeni. W spodniach natkną się na kawałek materiału. Obrócił go palcami w kieszeni a po chwili wyją. Przypomniał sobie że to kawałek bluzki Katriny który rozerwał się gdy zahaczył o klamkę wnosząc ją do domu.
-Mam!- Krzykną i podał przyjacielowi tkaninę. Luck zamkną oczy i mruczał pod nosem jakieś zaklęcie a potem podrzucił kawałek materiału a ten rozprysł się w powietrzu. Z tkany utworzył się napis w powietrzu. Rose Street. To tam była Kat. Jesey podziękował przyjacielowi i ruszył po przyjaciółkę siostry.
Była zbyt przerażona by zoriętować się że już tak daleko zaszła i to na dodatek w przeciwnym kierunku. Chciała wrócić do domu a tym czasem pomyliła drogę i szła w kierunku szkoły. Zatrzymała się na moście trzy przecznice przed szkołą. Patrzyła na rzekę a myślami wracał do wydarzenia z dzisiejszej nocy. Było to dla niej za wiele. Nie mogła pojąć że brat jej przyjaciółki jest mordercą. Nie wiedziała co by zrobiła gdyby teraz go zobaczyła. Zaczęła by krzyczeć i uciekać. A jeśli by szybciej biegał od niej? Kat odgoniła od siebie tą myśl. Oparła się o barierkę co trochę ją uspokoiło. Teraz skupiła się na płynącym nurcie ciemnej rzeki. Zatopiła się w błogiej ciszy która ją otaczała. Gdy ktoś odchrząkną podskoczyła przestraszona. Obróciła się od tyłu i ujrzała Johnatna. Stał jak gdyby nigdy nic. Włosy miał zmierzwione a twarz ubrudzoną. Walczył, pomyślała. Pewnie zabił kolejnego niewinnego człowieka. Cała drżała ze strachu.
-Wszyscy cię szukają- Powiedział miękko. Kat nagle zrobiło się głupio że mogła podejrzewać tego chłopaka o to że jest mordercą. Musiała się pomylić. On… z takim głosem i wyglądem nie przypominał mordercy. Jednak szybko wróciła do swoich poprzednich myśli gdy zauważyła zadrapanie na ręce chłopaka. Patrzyła na niego przestraszonym wzrokiem. Bała się że może jej coś zrobić. Johnatan jakby wyczuwając jej strach nie poruszył się w miejscu. Patrzył na nią bardzo intensywnie. Podczas marszu na tą ulicę zdjął z siebie zaklęcie niewidzialności dla ludzi.
-Co tu robisz?- Zapytał Nagły powiew wiatru jeszcze bardziej rozczochrał jego włosy. Wyglądał teraz mrocznie ale i pięknie.
Katrina tylko jęknęła. Jesey podszedł do niej szybkim krokiem jakby obawiając się że coś może się stać dziewczynie.
-Zabiłeś go?- Zapytała nagle drżącym głosem. Johnatan cofną się jak oparzony. Zmierzwił ręką włosy. Zacisną usta w wąską kreskę.
-Widziałaś?- Zapytał spokojnie.
-Tak… chyba nie ciężko jest się tego domyślić. Więc jak? Zabiłeś go? To byłeś ty? Musiałeś! Właśnie to przyznałeś.!- Jej głos nadal drżał.
-Tak.. zabiłem… ale on.. on nie był człowiekiem! Był potworem!
-Potworem?! Słyszysz się? Był człowiekiem. Ty… bierzesz coś?
- Cholera!- Krzykną zły- Ty pytasz się czy ja coś biorę?! Ja!? – Kopną puszkę leżącą na ulicy która chlupnęła do wody.
Kat zacisnęła ręce na barierkach.
-Nie biorę… jeśli cię to uspokoi…- Odpowiedział wkładając ręce do kieszeni. Podszedł do dziewczyny. Patrzył na nią.- Kim jesteś?
-Co?- Zdziwiła się.
-Pytałem kim jesteś… nie… na pewno nie…- Odwrócił się w stronę rzeki. Teraz to Katrina podeszła do niego.
-Nie rozumiem.-Rzekła zdezorientowana.
-Widziałaś mnie tak?
-No tak..
-Musisz… jesteś… jesteś wyjątkowa…- Odpowiedział spokojnie.



Przepraszam za to opóźnienie ale przypadkiem dodałam inny rozdział
Mam już napisany 5. Dodam niedługo.
 

 
My ludzie umieramy na samą myśl o miłościach, które przepadły na zawsze, o chwilach które mogłyby być piękne a nie były...




Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Rozdział 3
Rok 2006
Wrócił okropnie zły do domu. Ten facet przyczepił się do niego. Gadał jakieś głupoty. Musiał być nienormalny by mówić ze on.. prosty chłopak jest jakimś Nocnym Łowcom. Na dodatek nie widział kim jest ten cały Łowca. Czym się zajmował i jak wyglądało jego życie. Wszedł do pokoju trzaskając drzwiami. Jego matka od razu przybiegła do pokoju. Wypytywała chłopaka co się stało. Czemu jest zły i trzaska drzwiami. Chłopka jednak nic nie odpowiedział tylko poszedł do łazienki i wziął zimny prysznic. Następnie położył się do łóżka i zgasił światło. Po kilku minutach usną. Obudził go rozbłysk światła i walenie do okna. Szybko poderwał się z łóżka i podszedł do szyby. Za oknem był ten sam mężczyzna który zaczepił go na ulic. Zrezygnowany wrócił do łóżka. Miał już dużo problemów. Za dużo by mieć kolejny. Pukanie do okna zaczęło się nasilać. Chłopak ponownie wstał z łóżka i podszedł do okna i tym razem je otworzył.
-Czego chcesz? Daj mi spokój!
-Nie tak prędko. Najpierw musisz iść gdzieś ze mną.
-Nic nie musze- Stwierdził arogancko .
-Ale pójdziesz- Mężczyzna pociągną młodzieńca za rękę a ten wypadł z okna. Upadł niezgrabnie na plecy i tyłek.
-Ała!- jękną
-Jeszcze się nauczysz.
-Człowieku! Jest środek nocy! Nie zamierzam się włóczyć po ulicach! Nie wiem skąd uciekłeś ale wróć tam bo ja chcę normalnie żyć. Nie potrzebuję w swoim życiu psychopaty który będzie mnie nękał- Powiedział podnosząc się z mokrej trawy. Miał na sobie szary podkoszulek i długie szare spodnie.
-Niedługo się ulotnie ale najpierw musze ci cos pokazać.- Powiedział ponuro facet.
-Dobra.. tylko mam nadzieję że szybko.- Poprawił koszulkę i spodnie.
Po około godzinnym spacerze przeplatanym rozmową dotarli na miejsce. Weszli do ciemnego zaułka a mężczyzna otworzył drzwi. Po chwili schodzili schodkami w duł. Korytarz był słabo oświetlony. Chłopak potkną się kilka razy ale zaraz złapał równowagę. Po przejściu schodów szli równie ciemnym korytarzem. W końcu nieznajomy otworzył drzwi i na korytarz wylała się jasna poświata. Chłopak wszedł przez drzwi do oświetlonego na czerwono i zielono pomieszczenia. Wyglądało to jak sala klubowa. I tym właśnie była. Na parkiecie tańczyły tłumy ludzi. Wszyscy falowali w rytm muzyki a w powietrzu unosiła się atmosfera wolności i pijaństwa. Mężczyzna pociągną młodzieńca za rękaw i pokierował go do wielkich brązowych drzwi. Nie było na nich żadnego napisu świadczącego co jest za nimi. Świadomość ze nie wiadomo co będzie się działo za drzwiami lekko przeraziła chłopaka. Po chwili znaleźli się w dosyć przytulnym pomieszczeniu. Nie było zbyt wielkie. Na samym środku stało biurko. Było wykonane z ciemnego drewna i było masywne. Za nim stał fotel i kilka półek z książkami. Po prawej stronie biurka stała jasna kanapa a naprzeciwko niej mały stoliczek do kawy. Okno było zasłonięte grubą zieloną zasłoną. W pokoju znajdowała się również spora szyba przez która widać było ludzi bawiących się na sali.
-Usiądź- Rzekł mężczyzna wskazując na kanapę.
-Postoję- Powiedział uparcie młodzieniec.
-To będzie dość długa rozmowa więc się zmęczysz ale jak chcesz. Twój wybór- powiedział bez jakiego kolwiek zainteresowania. Jego głos nie wyrażał ani krzty emocji.
-Czego chcesz ode mnie?
-Chcę byś poznał prawdę bo to już najwyższy czas. Powinieneś robić to co jest ci przypisane.
-Czyli co bo nie kapuję…
-Urodziłeś się by chronić świat i rasę ludzką.
-Boże… rasę ludzką? Nie wiem co bierzesz ale zmień dilera.
- Ci wszyscy tutaj bawiący się- kontynuował jakby puścił słowa chłopka mimo uszu- wszyscy.. co do jednego są podziemnymi. Ludzie pracujący dla mnie są tacy jak ty… rozumiesz?- zapytał gdy zobaczył minę nastolatka.
-Wiesz co? Powinieneś w ogóle tego nie brać.- Skwitował zszokowany.
-Zachowujesz się jak dziecko.. Nic nie biorę. A to- Wskazał ręką na gości w klubie- jest teraz twoje życie. Twoje nowe życie. Jesteś Nocnym Łowcą. Czy ci się to podoba czy nie.
-Czyli że co? Jestem wybrany czy przeklęty?- zapytał z ciekawością. Udawał że słowa nieznajomego wcale go nie obchodzą.
-To przechodzi z pokolenia na pokolenie więc nie jesteś żadnym wybrańcem. A bycie Łowca jest chwałą jest… nawet nie wiem jak to wyrazić! Powinieneś być dumny że masz w sobie krew Anioła! Twoim rodzice tez byli Nocnymi Łowcami. Jednymi z najlepszych w ciągu ostatnich dwóch tysięcy lat! Twój ojciec poprosił mnie bym cię poinformował o tym gdy będziesz miał dwanaście lat. Jesteś bardzo dumny, wyniosły i arogancki. Jesteś idealnym Łowcą.

Rok 2011
Leżała smutna na łóżku. Nie wiedziała czemu Johnatan tak się zachował. Postanowiła nie przejmować się tym. Tym bardziej że to brat jej przyjaciółki. I chociaż był bardzo przystojny wiedziała że nie może z nim być. Di mogła by być zła. Bo jakby jej się nie ułożyło z Jeseyem to nie mogła by już udawać że nic się nie stało. To stwarzało by problemy. Wieczne kłótnie i spory. A Kat nie lubiła się kłócić.
Nagle zadzwonił jej telefon. Odebrała go. Był to jej przyjaciel Travi. Zaprosił ją na imprezę. Katrina zgodziła się od razu. Wiedziała ze nie może spędzić wieczoru sama użalając się nad sobą. To było by nie do pomyślenia że młoda dziewczyna płacze w poduszę z tak głupiego i absurdalnego powodu. To nie było w jej stylu. Rozstania z chłopakami nie przeżywała boleśnie. Może tylko dla tego że tak naprawdę w żadnym z nich się nie zakochała. Od czasu kiedy poznała Johnatana czuła się jak by latała. Teraz też tylko jakby latała z kulą u nogi. W końcu stwierdziła że dość tych smutków i że jeśli chce dzisiaj gdzieś wyjść musi się pośpieszyć. Pobiegła do łazienki. Wzięła szybki prysznic i wysuszyła włosy. Potem umalowała oczy szarym cieniem a usta jasnym błyszczykiem. Potuszowała rzęsy i nałożyła lekki róż na policzki. Wróciła do pokoju i założyła seksowną sukienkę z elastycznej koronki na jasnej podszewce. Z tyłu sukienka miała duże wycięcie odsłaniające plecy. Kat wsunęła na stopy czarne buty na czternasto centymetrowych obcasach i wyszła z domu w pośpiechu chwytając czarną torebeczkę ze stolika do której wcześniej spakowała telefon, błyszczyk i portfel.

Przybity siedział w salonie. Di gdzieś wyszła a on został sam. Jeśli chodzi o Tony’ego to zaszył się gdzieś w domu i ślad po nim zaginą. Jesey przerzucał bezmyślnie kanały w telewizji. Był coraz bardziej zły na siebie o swoje zachowanie w stosunku do Katriny. Ta dziewczyna miała coś w sobie. Coś czego wcześniejsze dziewczyny nie miały. To coś go przyciągało do niej Tak bardzo starał się nie zrobić jej krzywdy i nie odstraszyć od siebie jak to zwykł robić przez ostanie pół roku. Panienki lepiły się do niego. Mógł mieć każdą ale po co? Po co skoro ona i tak nie da ci szczęścia? Po co skoro i tak jej nie kocha? Życie już powoli traciło dla niego sens. Ale… teraz… teraz gdy spotkał ją.. jest inaczej. Jego dusza jest jakby bardziej oświetlona. Żaczą się bać by nie świeciła za bardzo i nie poraziła jego wybranki. Nie wiedział czy dokładnie kocha tę dziewczynę bo nigdy nie czuł takiej miłości do dziewczyny. Pragną by okazało się to miłością i by ona też go pokochał. Takim jaki jest, ze wszystkimi jego wadami i zmiennościami nastroju. Wiedział że ma tendencję do krzywdzenia innych przez swoją arogancję oraz pewne obowiązek. Obowiązek o którym nikt nie wiedział. I wiedzieć nie powinien. Jedyną osobą która wspierała go był jego przyjaciel Luck.
Jesey wstał z kanapy i poszedł pod prysznic. Potem założył czarne ubranie i wrócił do salonu. Nagle niewielki wisiorek na jego szyi zaczął się trząść. Johnatan widział co to oznacza. Szybko wstał z siedzenia i ruszył ku drzwiom. Otwarł je z impetentem i z gracją przeskoczył kilka schodków prowadzących na ulicę. Rozejrzał się dokoła siebie. Otaczała go ciemność. Przebiegł się dookoła domu by zobaczyć czy nie ma nikogo w pobliżu. Zdziwił się gdy nie ujrzał żadnej żyjącej istoty. To musi być jakaś pułapka, stwierdził. Kamień nigdy mnie nie zawiódł. Musi się coś tu czaić. Nagle z ciemności coś wyskoczyło. Coś dużego i okropnego. Z wielkimi oczami i jęzorem wywalonym na zewnątrz. Jesey w ostatniej chwili uświadomił sobie ze nie ma przy sobie żadnej broni.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
rozdział 2 już miałam na komputerze. Na trzeci musicie jeszcze trochę poczekać

Rozdział 2
Rok 2012
Nie mogła nic powiedzieć. Była w szoku. Przed chwilą na jej oczach coś dziwnego zabiło człowieka. Poczuła że gardło wyschło jej na wiór. Jesey powiedział ze zajmie się wszystkim gdy tylko odprowadzi ją do domu. Wcześniej jednak chciał wstąpić do swojego przyjaciela. Katrinę bardzo zdziwiło to że Johnatan chciał jeszcze gdzieś wchodzić ale zgodziła się. Przyjaciel chłopaka miał na imię Luk. Jego wygląd poraził dziewczynę. Mężczyzna miał około 20 lat. Włosy połyskiwały od brokatu. Miał na sobie szeroką czerwoną szatę którą był owinięty a na głowie cylinder. Debil, pomyślał w pierwszej chwili, albo gej. Luk wpuścił młodzież do domu. Jesey szepną mu coś do ucha a on zaraz się uśmiechną. Ciemnowłosa nie była pewna czemu przyjaciel brata jej koleżanki się uśmiecha i patrzy na nią. Kazał jej usiąść na kanapie. Zrobiła to. John usiadł naprzeciwko razem z Lukiem. To jeszcze bardziej przeraziło Kat. A jeśli będą chcieli zrobić mi coś złego? Jeśli są w zmowie? O Boże, pomyślała. Po chwili do salonu weszła jakaś kobieta ubrana w fartuch. Kat domyśliła się że to pewnie służąca Luka. Podała im herbatę. Katrina bała się jej pić bo Luk bardzo nalegał by wypiła do dna zrobiła to jednak zaraz po tym spojrzała na zmartwioną twarz Jesey’a. Nie chciała stwarzać mu kłopotów bo jeśli by jego przyjaciel był zły że ona nie wypiła tej herbat? Głupi przykład, stwierdziła w myślach. Jednak naprawdę chciał pocieszyć chłopaka. Gdy wypiła ostatni łyk odstawiał szklankę. Grzecznie podziękowała za napój. Nagle strasznie rozbolała ją głowa. Czuja jakby ktoś uderzał nią o ścianę. Dotknął czoła. Zrobiło jej się strasznie gorąco. Po chwili osunęła się na kanapie. Straciła przytomność.
Obudziła się na kanapie w swoim salonie. Nie wiedziała co się stało. Ostanie co pamiętała to to że wyszła z domu Di z jej bratem. Jesey. Właśnie! Gdzie jest Jesey! I jak.., zastanowiła się chwilkę, jak ja się tu znalazłam? Nic nie pamiętam. Jej myśli pędziły jak szalone. Serce zaczęło szybciej być. Podniosła głowę z poduszki. Rozejrzała się po pokoju ale nikogo nie zauważyła. Usłyszała odgłos zamykanych drzwiczek w kuchni i zerwała się z kanapy. Powolnym krokiem zbliżyła się do kuchni. Drzwi były uchylone. Wsadziła miedzy nie głowę i odetchnęła z ulga wchodząc cała do pokoju. Jesey obrócił się w jej stronę. Uśmiechną się szeroko.
-Nikt oprócz ciebie tu nie mieszka?- Zapytała wrzucając woreczek herbaty do kubeczka stojącego przed nim na stoliku kuchennym. Kat opadła ciężko na krzesło które było lekko wysunięte spod stołu.
-Niby ktoś mieszka- Stwierdziła ponuro- Alex penie jest w swoim pokoju. A mamy i Felixa nie ma bo są w pracy- Wyjęła ze stojaka serwetkę i bawiła się nią. Składała ją w kostkę a następnie rozkładała. Denerwowała się trochę bo nie wiedziała jak ma zapytać chłopaka o to jak się znalazła w domu i co się stało że straciła przytomność.
-No to masz wolna rękę. Nikt cie nie pilnuje. Czemu nie korzystasz z tego?- Zapytał zdziwiony. Dla Kat to było oczywiste czemu nie może cieszyć się z „wolności”.
-To nie takie proste- Wytłumaczyła- Nie znam prawdziwego ojca. Mama mówi że zostawił nas gdy miałam trzy lata. Podobno umarł w pożarze. Nie pamiętam go. Felix jest moim przybranym ojcem. Na siłę chce żebym traktowała go jak prawdziwego ojca ale ja jakoś nie potrafię. Czuje jakby…- Przerwała. Wzięła głęboki wdech i wypuściła powietrze.- To głupie.
Jesey patrzyła na nią z zaciekawieniem i współczuciem. Był taki skupiony. Przysłuchiwał się każdemu z jej słów. Gdy przerwała oderwał się na chwilę od wpatrywania w nią i zalał herbatę gorąca wodą a następnie usiadł naprzeciwko niej.
-To wcale nie głupie. Nie potrafisz mówić o swoich uczuciach?
-Nie o to chodzi… tego.. tego nikomu nigdy nie mówiłam dla tego że to głupie i dziwne… bardzo dziwne i cholernie głupie.- Zgniotła serwetkę w rękach i wrzuciła ją do kosza.- Czasami czuję że… że mój ojciec nadal żyje… że nie spłoną.. że.. że on tu jest.. gdzieś blisko a za razem tak daleko…- Jej usta wykrzywiły się na znak że jej ciężko. Jesey dotkną jej wyciągniętej przed siebie ręki. Jego dłoń była tak ciepła i delikatna. Przesuną palcami po jej palcach. Spojrzeli na siebie.
-Czujesz tak bo ci go brakuje. Bo chciał byś go zobaczyć jeszcze raz. Tęsknisz za nim albo po prostu jeszcze nie pogodziłaś się z jego odejściem.- Mówił powoli jakby zastanawiał się nad każdym słowem.
-Nie wiem czy.. czy mi go brakuje.. nie pamiętam go.
-Miałaś trzy lata i nie pamiętasz ojca?- Zdziwił się. Jego wyraz twarzy stał się zamyślony.- Ja pamiętam swojego ojca i matkę jak miałem trzy lata.- Słowo matka wypowiedział z lekkim trudem i jakby niesmakiem.
-Ja nie. Mama mówi że bardzo to przeżyłam i że pewnie to skutek traumy
-Dziwne, ale może prawdziwe… Ja pamiętam praktycznie wszystko.. nawet moja siostrę..- Urwał. Wstał z krzesła i podszedł do blatu. Oparł się rękami o niego i spojrzał przez okno.
Kat zatkało. Nie wiedział co powiedzieć. Może lepiej zmienić temat? To trochę, stwierdziła głupio wyjdzie
-Chyba nie chcesz o tym mówić- Powiedziała niepewnym głosem.
-Raczej tak- Stwierdził zmyślony.- Nie ciekawi cie co się z toba stało?- Zdziwił się po chwili.
-No tak!- przyznała.- Zapomniałam o tym. Wiec może teraz mi powiesz?
-Ok. Więc… potknęłaś się o kamień i uderzyłaś się w głowę. Byliśmy pod twoim domem więc cię wniosłem.
-A- Jęknęła dotykając głowy. Nie pamiętam. Ale dzięki- Była lekko oszołomiona bo rzadko zdarzało jej się potykać.
-Spoko. Napij się herbaty a ja już wrócę do domu. Muszę coś zrobić- Wytłumaczył szybko- Cześć- Wyszedł szybko.
Katrina nie wiedziała co o tym myśleć. Jesey wyszedł tak szybko i zostawił ją samą. Co prawda nie była małym dzieckiem i potrafiła o siebie zadbać ale on urwał rozmowę. Wypiła łyk herbaty. Zabrała kubek z napojem do pokoju i położyła się w łóżku.




















Co myślicie?
  • awatar parasol na smutki: Podoba się bardzo! Jestem ciekawa co to był za chłopak z prologu no i co to za pierścień był. :D Bo na razie nie mogę nic powiązać :P
  • awatar be my person.: fajne , dość ciekawe :D
  • awatar Gość: Opowiadanie super + czekam na dalszy ciąg ; D Wbijaj i komentuj. <3
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 

Jak tylko spojrzysz śmierci w twarz... wtedy docenisz wartość życia...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 





Prolog
Przechadzał się ciemnymi uliczkami Los Angeles. Światło z latarni ulicznych prawie wcale tu nie docierało. Przejście oświetlały tylko przebłyski światła w oknach pobliskich domów. Asfalt był lekko mokry. Pod jego butami woda rozpryskiwała się. Jemu to jednak nie przeszkadzało. Obracał pierścień w dłoniach zastanawiając się jaką ma ukryta moc w sobie. Musiał mieć jakąś. Nie wyglądał na zwykłą błyskotkę. Był masywny a na nim wyrzeźbione były pętle i zawijas tworzące smoka o błękitnych jak bezchmurne niebo oczach. Może to tylko moje wyobrażenie, pomyślał. To zwykły pierścień stwierdził po chwili namysłu. Pewnie pochodzi z dawnej epoki dlatego tak wygląda. Niezwykle i pięknie. Z zamyślenia wyrwał go odgłos stukania butów. Ktoś szedł za nim. Odwrócił głowę do tyłu i w jednej sekundzie został przyparty do ściany. Szybkim ruchem włożył pierścień na palec z myślą że może dzięki temu przeżyje.
-Wreszcie się spotkaliśmy- Wyszeptał nieznajomy.- Bardzo długo czekałem.
-Kim jesteś? -Zapytał przestraszony chłopak.
-rzyszedłem by oznajmić ci kim tak na prawdę jesteś.
-Wiem kim jestem- Zasyczał wściekły.
Oczy nieznajomego intensywnie wpatrywały się w nastolatka. Zupełnie jakby widział w nim jakąś bliską sobie osobę której zaraz miał powiedzieć cos co zburzy cały jej świat.
-Wierzysz w wampiry i wilkołaki?- Zapytał nagle mężczyzna. Chłopak roześmiał się. Chodź tak na prawdę nie powinno mu być do śmiechu. Nie znajomy w każdej chwili mógł mu co zrobić złego. Mężczyzna sięgną do prawej dłoni chłopaka.- Piękny- wyszeptał jeżdżąc palcem po kawałku metalu.
-Jak chce mnie pan poderwać to radzę dać sobie spokój.- Powiedział z niesmakiem.
-Dowcipny jesteś- Uśmiechną się.- Zupełnie jak twój ociec.
-Znał pan mojego ojca?
-Tak...ale wolałbym o nim nie rozmawiać. To nie pora na sentymenty.
-Cholera. Więc czego chcesz ode mnie człowieku? Chcesz kasy? Mam przy sobie tylko 20 dolców. Mogę ci dać jeszcze telefon i ten bezużyteczny pierścień- Wyją z kieszeni pieniądze i telefon. Z palca zdjął pierścień.
-Pod żadnym pozorem nie możesz oddawać tego pierścienia!
-Czemu niby? Jest mój i mogę z nim robić to tylko chcę.
-W tedy czeka cię śmierć. Po za tym ojciec nie byłby zadowolony z takiej myśli o TYM pierścieniu.
-Mój ojciec mnie zostawił i już nie obchodzi mnie jego zdanie.- Odrzekł arogancko. zawsze taki był gdy byłam owa o jego ojcu. Znienawidził go przez ten cały czas. Zostawił go samego jako pięciolatka! Co innego gdyby był starszy! W tedy zawsze czekał kiedy ojciec po niego wróci. Zawsze! Co noc nawet gdy mieszkał u Gloom’ów! Co wieczór siedział na parapecie w pokoju i czekał na jakaś wiadomość od ojca! Ale ten nie zjawił się ani razu! Przez całe siedem lat! Mieszkał z praktycznie obcymi ludźmi którzy traktowali go jak własne dziecko ale on nigdy nie czuł się tam jak w prawdziwej rodzinie.
-Zadałem ci pytanie. Wierzysz w wampiry, wilkołaki i inne stworzenia matki nocy?
-Nie! To jest dobre dla rozwydrzonej młodzieży która sama nie wie czego chce!
-Więc powinieneś zmienić tok myślenia i uwierzyć w ich istnienie Nocny Łowco!






Rozdział 1
Leżała smutna na łóżku. Był sobotni ranek a ona nie miała żadnych planów na dzisiejszy dzień. Mama zawołała ją na śniadań. Założyła na siebie różowy podkoszulek i krótkie czarne spodenki. Zeszła boso po schodach. Zawsze lubiła dotyk puchowego dywanu który rozłożony był na schodach. Uśmiechnęła się gdy jej stopa dotknęła miękkiego materiału. Jej matka stała w kuchni przy blacie i szykowała drugie śniadanie dla Felixa który szedł do pracy. Usiadła przy stole i wziął do ręki szklankę soku pomarańczowego. Upiła łyk i odstawiła naczynie z powrotem na swoje miejsce. Gdy zjadła śniadanie postanowiła odwiedzić przyjaciółki. Poszła do domu jednej z nich. Alejandra była wysoka szczupłą brunetka o wyrazistych rysach twarzy i dużych oczach. Na czoło opadała jej grzywka. Jak zwykle modnie ubrana otworzyła drzwi Katrinie. Dziewczyny przywitały się i poszły do pokoju Alejandry.
Weekend miną dosyć szybko. Kat wychodziła z domu bo nie chciała by Felix przyczepiał się do niej. Nie chodziło o to że nie lubi tego gościa. Po prostu wolał by mieszkać z prawdziwym ojcem. W poniedziałek rano poszła do szkoły. Od razu zauważyła że do klasy doszła nowa dziewczyna. Podeszła do niej.
-Hej! Jestem Katrin! A ty?- Usmiechnęła się do nieznajomej.
-Dina. Miło mi- Dziewczyna odwzajemniła uśmiech.
-Dziwne że ktoś w środku roku doszedł do klasy.
-Tak. Musiałam odejść z tamtej.
-A co się stało?- zapytała- Oj! Przepraszam… nie chciałam być wścibska..- Dodała szybko gdy zobaczyła minę Diny
-Nic się nie stało… tylko… na razie nie chcę o tym mówić. Przepraszam.
-Nie masz za co przepraszać. To nie moja sprawa. Nie powinnam pytać- uśmiechnęła się krzywo.
Resztę dnia spędziła z Diną. Rozmawiały i śmiały się. Kat wprowadziła dziewczynę do klasy. Przedstawiła innym uczniom klasy by ta nie czuła się samotnia i obca.
Wieczorem przy kolacji jak zwykle obyła się kłótnia między Felixem a Alexem.
Następnego dnia po szkole Katrina zaprosiła Dinę do domu na obiad. Dziewczyny weszły razem do salonu i usiadły na kanapie. Po chwili podszedł do nich Alexander.
-Kto to przyszedł… już wróciłeś z zaświatów ciemności?- Zapytała kpiąco Kat.
-Daruj sobie młoda. Nie wiesz nad czym pracuję. Widzę ze masz nową koleżankę.- Uśmiechną się zalotnie do koleżanki jego przyrodniej siostry.
-Jestem Dina- Wyciągnęła rękę do chłopaka.
-Alex- Odwzajemnił gest. Uśmiechali się do siebie.
-To ja pójdę zrobić obiad- Powiedziała Kat i wstała. Skierowała się do kuchni. Przygotowała jedzenie i ułożyła zastawę na stole w jadalni. Po chwili zjawili się tam Dina i jej brat. Trzymali się za ręce.
-To już?- Zapytała Katrina śmiejąc się.
-Eeee… to… no….- Jąkała się Dina.
-Nie tłumacz się. Rozumiem o co chodzi- Uśmiechnęła się promiennie.
Następnego popołudnia to Dina zaprosiła Kat na kolację do siebie. Przyjaciółki poszły do pokoju blondynki. Jadły tam czekoladę i śmiały się. Nastał wieczór. Rodziców Di nie było w domu. Byli tylko jej bracia. Zrobiły razem kolację. Katrina wypytywała przyjaciółkę o związek z jej bratem. Ta powiedział że to był tylko jeden wieczór spędzony razem. Wczorajszego wieczoru Di wyszła z Alexem. Chłopak wrócił bardzo późno w nocy. Dla Kat to i tak było wielkie zdziwienie bo jej brat zazwyczaj nigdzie nie wychodził. Ciężko było go w ogóle wyciągnąć z pokoju na wspólny posiłek. Jego fascynacja wampirami przemieniła się w obsesję. Bała się że już nigdy nie będzie normalny. Podobno dwa lata temu grał w koszykówkę i był normalnym chłopakiem. Oglądał się za dziewczynami i wychodził wieczorami do baru. Teraz już tak nie było. Spędzała danie i noce zamknięty w ciemnym pokoju. Szperał po necie i czytał książki o wampirach i wilkołakach. Fascynowały go wszystkie stworzenia mroku. To było coś nie do zniesienia. Alex ubierał się na ciemno. Malował oczy czarną kredką. Zachowywał się bardzo dziwnie. Nie dało się już z nim normalnie pogadać.
Na kolacji pojawiał się tylko jedne brat Di a mianowicie Tony. Przywitał się z Katrina. Usiadł obok niej. Dziewczyna go polubiła ale nie tak że mogła by z nim chodzić. Miał już trzech chłopaków ale do żadnego nie czuła nic więcej oprócz przyjaźni. To było bardzo dla niej bardzo dziwne. Nawet nie podobał jej się za bardzo żaden chłopak w szkole. Inne dziewczyny latały za sportowcami a ona za nikim. Jakoś po prostu nie znalazła jeszcze swojego ideału. Po posiłku dziewczyny poszły do salonu. Do kuchni wszedł Johnatan, starszy o rok brat Diny. Kat nawet go nie zauważyła. Nagle do jej przyjaciółki zadzwonili rodzice i poprosili by przywiozła do dziadków Toniego.
-Mamo.. ale jest u mnie… przyjaciółka i… no musze ją odprowadzić…
-Ale…-zaczeła Kat bo chciała powiedzieć że sama może iść do domu jednak ktoś jej przerwał.
-Ja ją odprowadzę.- Zaoferował Johnatan wchodząc do salonu. Ubrany był cały na czarno. Jego ciemnie włosy lśniły pod światłem żarówki. Kat patrzyła na niego z fascynacją a on na nią. Zachowywali się tak jakby pod długim przebywaniu na bezludnej wyspie zobaczyli człowieka. Patrzyli sobie w oczy. Ta chwile przerwał im okrzyk Di.
-Super! Tony! Zbieraj się!
Tony pożegnał się z Kat i wyszedł ze starszą siostrą.
-Jak masz na imię?- Zapytał dziewczynę która wstawała z kanapy
-Jestem Katrina.- Uśmiechnęła się.- A ty Johnatan? Chyba dobrze zapamiętałam.
-Dobrze. Ale wolę jak ludzie nazywają mnie Jesey.
-Jesey..- Uśmiechnęła się przyjaźnie. Nadal patrzyła w oczy chłopakowi.- Super. Idziemy?
Szli już kilka minut w milczeniu. Droga była pusta, niebo ciemne. Nie było na nim ani jednej gwiazdy. W powietrzu czuło się że będzie jakaś wielka burza. Kat lubiła burzę. Tak samo jak deszcz. Czuła się w tedy taka radosna. Pioruny które spadały z nieba przyprawiały ja o nutkę podniecenia. Chodziło o to że ona uwielbiała adrenalinę i wszystko co się z tym wiązało.
-Co tak cicho jesteś?- Zapytał nagle chłopak.
-Po prostu. Patrzę na okolicę.
-Przecież nie ma tu nic Nadzwyczajnego. Po za tym ciemno jest.
-I co z tego? Widzę tyle ile trzeba by dostrzec piękno.
-Jesteś artystką?
-Nie ale wiesz… jeśli się chce to wszystko można zobaczyć. Wszystko jest piękne.
Jesey odkaszlną a po chwili roześmiał się.
-Nie powiedział bym że wszystko jest piękne. Znam wiele rzeczy które nie są piękne.- Uśmiechną się krzywo i przyśpieszył krok. Widać było ze się denerwuje. Rozmowa na ten temat nie należała do jego ulubionych ale sam ją podjął. Powinien teraz powiedzieć co miał na myśli i co widział takiego okropnego, stwierdziła Kat.
-Widzę że nie chcesz o tym gadać- Stwierdziła po chwili ciszy. Jednak strasznie chciała wiedzieć co takiego strasznego Johnatan doświadczył w życiu. Zdobyła się jednak na wyrozumiałość.
-To nie jest zbyt dobry temat.- Odpowiedział i przystaną na chwile. Nasłuchiwał chwilkę a potem pociągną Katrinę za rękę i ukrył ją w ciemności. Poczuła że opiera się o mokrą ścianę. To nie było zbyt przyjemne uczucie ale on napierał na nią swoim ciałem. Tak jakby chciała obronić ją przed czymś złym. Ale co może być złego w prawie całkowicie oświetlonej ulicy, pomyślała. Może po prostu szukał pretekstu by zbliżyć się do niej. Dotknąć jej ciała a potem wyznać miłość?
-Co jest?- Zapytała nagle ale poczuła palec chłopaka na swoich ustach. Ten gest miał oznaczać by była cicho i się nie odzywała gdy jej nie pozwoli. W tym było coś nie tak, stwierdziła nagle, ja mam pozwalać chłopakowi mnie uciszać? Jeszcze takiemu którego ledwo co znam? Nie to przesada. Już miała otwierać usta by cos powiedzieć ale usłyszała huk. Kilka metrów przed nią leżał mężczyzna. Z jego głowy lała się krew. Kat cichutko jęknęła przestraszona a Johnatan zacisną dłoń na jej ramieniu. Do leżącego mężczyzny podpełzło coś długiego i fioletowego o kształcie głowy psa. Syczało na niego i wiło się w okół jego ciała. Kat odwróciła wzrok. Bała się spojrzeć na to co za chwilę zobaczy. Nie wiedział ze w ogóle istnieje tak zwierze a tym bardziej że żyje w okolicy. Jednak pełna ciekawości znów spojrzała na tę scenę. Coś wężo podobnego wbiło się w nogę człowieka i mocno zasysało. Gdy potwór skończył oddalił się jak gdyby nigdy nic. Po kilku minutach Jesey zdjął rękę z ramienia dziewczyny i podszedł do poszkodowanego. Kat powoli ruszyła jego śladem. Ciemnowłosy dotkną nogi faceta leżącego na kostce brukowej i głośno zaklną.
-Cholera!- W jego głosie słychać było żal- Nie żyje- Odparł spoglądając na przerażoną Kat.
  • awatar Angel!ka: O taak, tak, tak! Ten mroczny klimat! Właśnie zaczęłam czytać i muszę przyznać, że mnie zaciekawiło! :)
  • awatar Mucha66: Super opowieść :P
  • awatar Kubiszon: Fajne, ciekawe. Pisz dalej. Popracuj nad budową zdań, bo wiele zdań było źle napisanych.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›